Przyglądał się jej spod na wpół przymkniętych powiek, tylko pozornie obojętnie, tak jakby fakt, że przyszli sobie pogawędzić w jego nowym biurze nie robił na nim najmniejszego wrażenia. Mimo pozorów, Logan pozostawał czujny i zauważył, jak cień niezadowolenia przebiega po twarzy kobiety. Nie rozumiał co go wywołało, nie starał się nawet zrozumieć. W dłoni czuł przyjemny ciężar szklanki i to było czymś, co kotwiło go mocno w rzeczywistości; nie lubił odpływać do świata fantazji.
Kiedy Astoria zaczęła mówić, wciąż wyglądała na zdenerwowaną, a ilość gestów przerywających jej wypowiedź wydała się Loganowi nienaturalna. Wierciła się w fotelu w wyraźnej opozycji do jego zastygnięcia w bezruchu i dla postronnego obserwatora musieliby wyglądać naprawdę zabawnie. On; markotny gbur zapadnięty w fotelu i ona; prowokująca ekspresją młoda kobieta w żałobnej szacie.
Dopiero gdy otworzył usta żeby odparować na jej wyzwanie, dało się dostrzec, że pod maską znudzenia czai się coś iście żywego. I to coś wciąż tam było, wcale nie zostało wywołane alkoholem, bo tego Logan wciąż jeszcze nie tknął.
— Ranisz mnie, Trelawney. Za kogo ty mnie masz? — prychnął i uśmiechnął się wrednie, co jawnie sugerowało, że rana jest dość powierzchowna i w rzeczywistości wcale mu nie dokucza. — Zakładasz, że wszystko co mówię i robię ma mi przynieść zysk w galeonach? Że już knuję kolejną intrygę i zaraz wygrzebię jakiś podejrzany artefakt, żeby zachwalać jego cudowną pomoc przy próbie uwiedzenia kolejnego bogatego czarodzieja? — Logan pokręcił głową i po raz pierwszy niewielki pokój przeciął jego krótki śmiech, którego nie można było określić mianem ani melodyjnego, ani nawet przyjemnego.
Akurat w jednym miała zupełną rację: to nie był jego problem. Ale koniec końców, Logan też był tylko człowiekiem. Choć nie ufał ludziom z założenia, to jednak niektórych lubił bardziej niż innych — jak każdy człowiek. Nie miał tak słabej pamięci, żeby zapomnieć co ich kiedyś łączyło ani tak wielkiej mocy, żeby wymazać niechciany sentyment, który wciąż tkwił gdzieś głęboko w świadomości.
— Może i nie mylisz się tak bardzo — odezwał się nagle po krótkiej pauzie. Dość tajemniczo, zważywszy na fakt, że nie kwapił się z wyjaśnieniami o co dokładnie mu chodzi. Ale przecież przyszedł na pogrzeb, żeby zobaczyć jak morderstwo odbije się na Astorii; zrobił to z pobudek, których trudno byłoby nie nazwać egoistycznymi. Przyszedł, mimo że nie miał jej nic do sprzedania i zabrał już od niej wszystko, co mu było potrzebne. Prawda? A jednak siedzieli tutaj razem.
On ją zaprosił.
Ona nie odmówiła.
Wszystko wydawało się być całkiem oczywiste, kiedy tak na to spojrzeć. Podniósł szklankę do ust i wreszcie upił pierwszy łyk Ognistej Whisky, a następnie leniwie odstawił ją na blat niewielkiego stolika dzielącego oba fotele.
— Gdyby tamtej nocy zwróciła się do mnie o pomoc inna kobieta, nie podjąłbym takiego ryzyka — oznajmił, wbijając w nią spojrzenie.
Po raz pierwszy dał jej coś tak osobistego, coś, co było namiastką prawdy i był ciekaw, co Astoria z tym zrobi.
just wanna bury them