20.07.2023, 21:40 ✶
Florence była jedną z zaledwie dwóch uzdrowicielek, którym Patrick szczerze ufał i bez problemu powierzyłby im swoje życie. Zazwyczaj bardzo poważnie traktował jej zalecenia, nawet jeśli nie zawsze chciało mu się je wypełniać.
Zamrugał, zdając sobie sprawę z tego, że miała ładny uśmiech. I nie, nie uświadomił sobie tego nagle, siedząc tego wieczoru na łóżku w „Błędnym Rycerzu”. Wiedział o tym od dawna, po prostu w tamtej chwili uderzyło to w niego jakoś… bardziej? Był taki napełniający go nadzieją na to, że kiedy jutro obudzi się w swoim łóżku i zejdzie na śniadanie, obejmujący jego wnętrzności chłód zniknie a on sam poczuje się dokładnie tak samo, jak rankiem w dniu Beltane, gdy jeszcze wierzył w to, że Zakonowi Feniksa uda się powstrzymać Lorda Voldemorta.
Uśmiechnął się nieco szerzej, choć nadal raczej takim zmęczonym uśmiechem, który tylko przypadkiem i na kilka sekund, objął jego oczy. A potem odwrócił głowę by rozejrzeć się po autobusie. To nie tak, że spodziewał się by mieli być podsłuchiwani. Raczej z przyzwyczajenia, sprawdzał otoczenie, w którym się właśnie znalazł.
Słuchał Florence, myśląc o tym, że trochę zawiódł. Zawiódł jako członek Zakonu Feniksa, zawiódł jako pracownik Ministerstwa Magii. Tylko nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie powinien postąpić i jakie decyzje podjąć, żeby jednak udało się powstrzymać Czarnego Pana przed sięgnięciem po moc znajdującą się w Limbo.
- Kiedy tam byliśmy… - zaczął, mocno marszcząc przy tym czoło. Korciło go, żeby powiedzieć wszystko siedzącej naprzeciwko niego uzdrowicielce, ale im dłużej myślał o tym, co przeżył, co przeżyli we czwórkę, tym bardziej nie wiedział jak ubrać to w słowa. – On miał taki kamień, dzięki któremu czerpał moc z limbo – dodał po chwili, równie cicho co Florence. Nawet pochylił się ku niej, jakby dla upewnienia się, że nikt go nie usłyszy. Czuł, że jego słowa nie mają wielkiego sensu, że zaczyna tę historię od złej strony, ale chyba jeszcze nie potrafił jej opowiedzieć tak, jak należało. – Ten kamień, on chyba próbował stworzyć jakiś portal. Zniszczyłem go, ale może przez ten czas, gdy się tworzył… - urwał, patrząc bezradnie w oczy uzdrowicielce.
Może coś wtedy wyszło? Może nawet nie materialnego, ale jakaś energia, która przemieniła mieszkające w pobliżu zwierzęta? Wzbudziła w nich krwiożercze instynkty? Wpłynęła na wciąż przebywający na Polanie Ognisk ludzi? Jakaś pełna goryczy magia, bo Lord Voldemort zamordował boginię?
- Cieszę się, że nie było cię podczas ataku. Łatwiej było walczyć, gdy wiedziałem, że nie grozi ci niebezpieczeństwo.
Stewarda ucieszyła wiadomość, że z Atreusem było chyba lepiej. Zmarszczył brwi przypominając sobie nagle wyjazd z rodzicami nad morze. Zamrugał, więcej niż trochę skołowany tym wspomnieniem. Tak naprawdę bardzo niewiele pamiętał z tego okresu dzieciństwa. Najczęściej jakieś przebłyski: śmiech matki, pieczone kasztany, stukot wózka, gdy był wieziony wyłożoną kamieniami wąską uliczką. Ale teraz właściwie poczuł słony zapach morza, w uszach rozbrzmiał mu morski szum a palce prawej ręki odruchowo zacisnął w pięść, jakby spodziewał się zachować ze sobą muszlę ze wspomnienia.
Mimowolnie znieruchomiał, przeżywając na nowo wspomnienie, które musiało ulecieć mu z głowy. Może dlatego zawsze lubił wodę?
- Florence, kiedy się trochę uspokoi, może wybierzemy się nad morze? – zapytał nagle.
Zamrugał, zdając sobie sprawę z tego, że miała ładny uśmiech. I nie, nie uświadomił sobie tego nagle, siedząc tego wieczoru na łóżku w „Błędnym Rycerzu”. Wiedział o tym od dawna, po prostu w tamtej chwili uderzyło to w niego jakoś… bardziej? Był taki napełniający go nadzieją na to, że kiedy jutro obudzi się w swoim łóżku i zejdzie na śniadanie, obejmujący jego wnętrzności chłód zniknie a on sam poczuje się dokładnie tak samo, jak rankiem w dniu Beltane, gdy jeszcze wierzył w to, że Zakonowi Feniksa uda się powstrzymać Lorda Voldemorta.
Uśmiechnął się nieco szerzej, choć nadal raczej takim zmęczonym uśmiechem, który tylko przypadkiem i na kilka sekund, objął jego oczy. A potem odwrócił głowę by rozejrzeć się po autobusie. To nie tak, że spodziewał się by mieli być podsłuchiwani. Raczej z przyzwyczajenia, sprawdzał otoczenie, w którym się właśnie znalazł.
Słuchał Florence, myśląc o tym, że trochę zawiódł. Zawiódł jako członek Zakonu Feniksa, zawiódł jako pracownik Ministerstwa Magii. Tylko nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie powinien postąpić i jakie decyzje podjąć, żeby jednak udało się powstrzymać Czarnego Pana przed sięgnięciem po moc znajdującą się w Limbo.
- Kiedy tam byliśmy… - zaczął, mocno marszcząc przy tym czoło. Korciło go, żeby powiedzieć wszystko siedzącej naprzeciwko niego uzdrowicielce, ale im dłużej myślał o tym, co przeżył, co przeżyli we czwórkę, tym bardziej nie wiedział jak ubrać to w słowa. – On miał taki kamień, dzięki któremu czerpał moc z limbo – dodał po chwili, równie cicho co Florence. Nawet pochylił się ku niej, jakby dla upewnienia się, że nikt go nie usłyszy. Czuł, że jego słowa nie mają wielkiego sensu, że zaczyna tę historię od złej strony, ale chyba jeszcze nie potrafił jej opowiedzieć tak, jak należało. – Ten kamień, on chyba próbował stworzyć jakiś portal. Zniszczyłem go, ale może przez ten czas, gdy się tworzył… - urwał, patrząc bezradnie w oczy uzdrowicielce.
Może coś wtedy wyszło? Może nawet nie materialnego, ale jakaś energia, która przemieniła mieszkające w pobliżu zwierzęta? Wzbudziła w nich krwiożercze instynkty? Wpłynęła na wciąż przebywający na Polanie Ognisk ludzi? Jakaś pełna goryczy magia, bo Lord Voldemort zamordował boginię?
- Cieszę się, że nie było cię podczas ataku. Łatwiej było walczyć, gdy wiedziałem, że nie grozi ci niebezpieczeństwo.
Stewarda ucieszyła wiadomość, że z Atreusem było chyba lepiej. Zmarszczył brwi przypominając sobie nagle wyjazd z rodzicami nad morze. Zamrugał, więcej niż trochę skołowany tym wspomnieniem. Tak naprawdę bardzo niewiele pamiętał z tego okresu dzieciństwa. Najczęściej jakieś przebłyski: śmiech matki, pieczone kasztany, stukot wózka, gdy był wieziony wyłożoną kamieniami wąską uliczką. Ale teraz właściwie poczuł słony zapach morza, w uszach rozbrzmiał mu morski szum a palce prawej ręki odruchowo zacisnął w pięść, jakby spodziewał się zachować ze sobą muszlę ze wspomnienia.
Mimowolnie znieruchomiał, przeżywając na nowo wspomnienie, które musiało ulecieć mu z głowy. Może dlatego zawsze lubił wodę?
- Florence, kiedy się trochę uspokoi, może wybierzemy się nad morze? – zapytał nagle.