21.07.2023, 16:54 ✶
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że porywaczy nie ma w domu – poza tym jednym, który mógł być otruty, a mógł ot zasnąć bardzo głębokim snem i oberwał wreszcie od niej oszałamiaczem. Brenna traciła już nadzieję, że natkną się na ślad chłopca… aż wreszcie Steward znalazł właściwe drzwi.
Ledwo stanęli na progu, jej żołądek zwinął się w supeł.
W środku czuć było zioła, może po jakiejś miksturze, a może po niedawno zapalonych kadzidłach i świecach. Ale też coś jeszcze: zapach choroby. Spojrzenie Brenny padło na moment na zdjęcia chłopca – Pierre, to musiał być Pierre – w tej chwili jednak nie poskładała jeszcze całej historii, dwoje podobnych dzieci, jedno nazwane imieniem drugiego, pentagram w piwnicy… To nie próbowała nawet dopasować do siebie tych elementów, bo już sama woń panująca w tym pokoju wskazywała na to, że… z dzieckiem nie jest dobrze.
Zarzuciła ostrożność, rzuciła się ku łóżku, modląc się do dowolnego bóstwa, które zechciałoby słuchać, aby tylko spał. Może przez te zapachy, może przez nerwy, zdawało się jej, że w pokoju panuje nieznośny zaduch.
– Lyndon? – szepnęła.
Wiedziała, że może dzieciaka przerazić, ale teraz to, że zacznie krzyczeć, uderzy ją, wyrwie się… nie byłoby problemem, bo świadczyłoby, że wszystko jest w porządku. Jeżeli nie zareagował, odsunęła po prostu kołdrę, jej dłoń sięgnęła najpierw do czoła, a potem do szyi, szukając pulsu, bo oddech małego Hilla był tak słaby, że wręcz zdawało się Brennie, że nie oddycha. Jej wzrok przesunął się po ciele, ale poza paroma siniakami na nadgarstkach, nie dostrzegła żadnych śladów świadczących o przemocy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie było krwiaków, złamań…
– Możesz stąd kogoś wezwać? – spytała Patricka, nie miała pojęcia w końcu, jak daleko sięgnie za pomocą fal. A mieli tu porwanego chłopca w złym stanie, jeżeli to nie wystarczyło, aby ściągnąć tutaj Brygadzistów i uzdrowiciela, koniecznie uzdrowiciela, to już naprawdę nie miała pomysłu, na co Departament mógłby zareagować…
Ledwo stanęli na progu, jej żołądek zwinął się w supeł.
W środku czuć było zioła, może po jakiejś miksturze, a może po niedawno zapalonych kadzidłach i świecach. Ale też coś jeszcze: zapach choroby. Spojrzenie Brenny padło na moment na zdjęcia chłopca – Pierre, to musiał być Pierre – w tej chwili jednak nie poskładała jeszcze całej historii, dwoje podobnych dzieci, jedno nazwane imieniem drugiego, pentagram w piwnicy… To nie próbowała nawet dopasować do siebie tych elementów, bo już sama woń panująca w tym pokoju wskazywała na to, że… z dzieckiem nie jest dobrze.
Zarzuciła ostrożność, rzuciła się ku łóżku, modląc się do dowolnego bóstwa, które zechciałoby słuchać, aby tylko spał. Może przez te zapachy, może przez nerwy, zdawało się jej, że w pokoju panuje nieznośny zaduch.
– Lyndon? – szepnęła.
Wiedziała, że może dzieciaka przerazić, ale teraz to, że zacznie krzyczeć, uderzy ją, wyrwie się… nie byłoby problemem, bo świadczyłoby, że wszystko jest w porządku. Jeżeli nie zareagował, odsunęła po prostu kołdrę, jej dłoń sięgnęła najpierw do czoła, a potem do szyi, szukając pulsu, bo oddech małego Hilla był tak słaby, że wręcz zdawało się Brennie, że nie oddycha. Jej wzrok przesunął się po ciele, ale poza paroma siniakami na nadgarstkach, nie dostrzegła żadnych śladów świadczących o przemocy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie było krwiaków, złamań…
– Możesz stąd kogoś wezwać? – spytała Patricka, nie miała pojęcia w końcu, jak daleko sięgnie za pomocą fal. A mieli tu porwanego chłopca w złym stanie, jeżeli to nie wystarczyło, aby ściągnąć tutaj Brygadzistów i uzdrowiciela, koniecznie uzdrowiciela, to już naprawdę nie miała pomysłu, na co Departament mógłby zareagować…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.