Czuła się trochę, jakby ktoś klauna z cyrku zaprosił na uroczysty bankiet.
No niby można było ją ubrać w elegancką sukienkę, a jak zdjęła te toporne okulary, to nagle zdawała się całkiem ładna, ale było po Cecily widać, że nie czuje się jak ryba w wodzie. Nosiło ją, nie wiedziała, co zrobić z rękoma, a myśli ścigały się w jej głowie o to, która pierwsza wydostanie się z jej ust, gdy podejdzie do kogokolwiek. Miała naprawdę dużo do powiedzenia, ale z autopsji wiedziała, że mało kto miał wystarczającą dozę cierpliwości, by być w stanie to wszystko wysłuchać - już nie mówiąc o wykazaniu faktycznego zainteresowania.
Pierwszym, co zrobiła po wejściu, było odnalezienie wzrokiem rodzeństwa Longbottom, bo przecież oni byli głównym powodem, dla którego przyszła. Oczywiście poczekała grzecznie, aż skończą witać ustawioną już w kolejce grupkę gości, przecież nie była jakaś niewychowana. Dopiero wtedy złapała z Brenną kontakt wzrokowy, a następnie ją samą za ręce.
- Brennie, przeszłaś samą siebie - oświadczyła, bujając jej rękoma na lewo i prawo. - A ty, Erik znowu urosłeś, prawda? Ostatnim razem, gdy cię widziałam... - tu urwała i uciekła wzrokiem jeszcze wyżej niż jego głowa, próbując przypomnieć sobie, kiedy mniej-więcej wypadała ostatnia pełnia. - Nieistotne kiedy, ale przysięgam, że byłeś pół głowy niższy - powiedziała to takim tonem babci, która wmawia wnuczkowi, że rośnie jak na drożdżach i że pamięta wciąż czasy, kiedy ledwie sięgał głową ponad stół. Niemniej to był ostatni moment, kiedy uwagę poświęciła Longbottomowi, bo nagle sobie przypomniała, że przecież miała więcej komplementów do prawienia jego siostrze. - Właśnie, moja droga, wyglądasz, O-BŁĘ-DNIE - ostatnie słowo wypowiedziała zdecydowanie za głośno, niechybnie przyciągając tym samym uwagę zebranych w pobliżu ludzi. Cecily zupełnie nie miała wyczucia wobec tonu swojego głosu, do czego pewnie powinni się już przyzwyczaić. Przez cały okres nauki wydawało jej się, że szepcze coś bardzo cicho podczas zajęć, a i tak była upominana za gadanie, nawet z ostatniej ławki. Prawie jakby była trochę przygłucha, a naprawdę nie była!
- Niech ja cię obejrzę - zarządziła, łapiąc Brenn za ramiona i obracając się razem z nią o 180 stopni, żeby ujrzeć jej sukienkę w lepszym świetle. - Naprawdę nie sądziłam, że możesz być jeszcze ładniejsza i... - Wtem przerwała zdanie i nagle się zapowietrzyła, głośno wciągając powietrze do płuc w szoku. Cecily stała teraz przodem do wejścia i ewidentnie zobaczyła coś nad ramieniem Brenny, co wybitnie ją zbulwersowało, bo aż wybałuszyła oczy.
Mianowicie był to Cedric w kitlu szpitalnym i zdezelowanych butach. Nawet bez okularów tego gamonia poznała, więc naprawdę musiał się wyróżniać na tle tłumu.
No przecież jak ona z nim skończy i go przetrzepie, to skończy z taką samą liczbą kości, jak miał za niemowlaka.
- Ja was serdecznie przepraszam, ale muszę coś zrobić - oświadczyła Longbottomom, posłała im skruszone spojrzenie, po czym zadarła swoją fioletową kiecę i zaczęła gonić za bratem oraz ciągnącą go na piętro Dorą.
Po drodze prawie przewróciła się na twarz na schodach, bo nie oceniła poprawnie odległości między nimi, a jeszcze materiał sukienki wkręcił się jej pod stopy. Na szczęście złapała się schodka w ostatniej chwili, toteż jej zęby uniknęły pierwszego kontaktu ze stopniami.
- Ty chyba jesteś niepoważny - oświadczyła bratu, wchodząc za nimi do pokoju. Zdyszała się, wspinając się z taką nieludzką prędkością po schodach, więc nie miała jeszcze siły bić go po łbie. - Na golasa jeszcze mogłeś tu przyjść albo się w błocie wytarzać, wiesz? - Cecily oczywiście nie miała pojęcia o jego przygodzie z wymiotowaniem, więc nie wiedziała, że wcale nie jest daleko prawdy. - Dora, dziękuję, że go złapałaś. Chyba bym się przekręciła, gdyby tam zaczął gadać z ludźmi w takim stanie. Znaczy... nie insynuuję, że nie jesteś człowiekiem. - Spojrzała na dziewczynę jak przestraszony psidwak, pomrugała oczami. Chyba jej nie uraziła swoim paplaniem od rzeczy?
W przeciwieństwie do Crawley nie czuła się skrępowana ewentualną golizną brata, bo widziała go już w każdym wydaniu, więc kiedy się zaczął przebierać, stanęła nad nim i komentowała wszystko, nie zamykając się ani na chwilę.
- Nierówno guziki zapinasz. Koszulę w spodnie wsadź, bo będziesz wyglądał jak fleja. Jadłeś coś dzisiaj w ogóle? Wyglądasz, jakbyś nie jadł - nie przestawała mówić, stała tylko oparta o ścianę z założonymi rękoma. Aż w końcu poczuła dziwny zapach, jakoś dziwnie znajomy.
- Chwila, czy ty rzygałeś? -
No niby można było ją ubrać w elegancką sukienkę, a jak zdjęła te toporne okulary, to nagle zdawała się całkiem ładna, ale było po Cecily widać, że nie czuje się jak ryba w wodzie. Nosiło ją, nie wiedziała, co zrobić z rękoma, a myśli ścigały się w jej głowie o to, która pierwsza wydostanie się z jej ust, gdy podejdzie do kogokolwiek. Miała naprawdę dużo do powiedzenia, ale z autopsji wiedziała, że mało kto miał wystarczającą dozę cierpliwości, by być w stanie to wszystko wysłuchać - już nie mówiąc o wykazaniu faktycznego zainteresowania.
Pierwszym, co zrobiła po wejściu, było odnalezienie wzrokiem rodzeństwa Longbottom, bo przecież oni byli głównym powodem, dla którego przyszła. Oczywiście poczekała grzecznie, aż skończą witać ustawioną już w kolejce grupkę gości, przecież nie była jakaś niewychowana. Dopiero wtedy złapała z Brenną kontakt wzrokowy, a następnie ją samą za ręce.
- Brennie, przeszłaś samą siebie - oświadczyła, bujając jej rękoma na lewo i prawo. - A ty, Erik znowu urosłeś, prawda? Ostatnim razem, gdy cię widziałam... - tu urwała i uciekła wzrokiem jeszcze wyżej niż jego głowa, próbując przypomnieć sobie, kiedy mniej-więcej wypadała ostatnia pełnia. - Nieistotne kiedy, ale przysięgam, że byłeś pół głowy niższy - powiedziała to takim tonem babci, która wmawia wnuczkowi, że rośnie jak na drożdżach i że pamięta wciąż czasy, kiedy ledwie sięgał głową ponad stół. Niemniej to był ostatni moment, kiedy uwagę poświęciła Longbottomowi, bo nagle sobie przypomniała, że przecież miała więcej komplementów do prawienia jego siostrze. - Właśnie, moja droga, wyglądasz, O-BŁĘ-DNIE - ostatnie słowo wypowiedziała zdecydowanie za głośno, niechybnie przyciągając tym samym uwagę zebranych w pobliżu ludzi. Cecily zupełnie nie miała wyczucia wobec tonu swojego głosu, do czego pewnie powinni się już przyzwyczaić. Przez cały okres nauki wydawało jej się, że szepcze coś bardzo cicho podczas zajęć, a i tak była upominana za gadanie, nawet z ostatniej ławki. Prawie jakby była trochę przygłucha, a naprawdę nie była!
- Niech ja cię obejrzę - zarządziła, łapiąc Brenn za ramiona i obracając się razem z nią o 180 stopni, żeby ujrzeć jej sukienkę w lepszym świetle. - Naprawdę nie sądziłam, że możesz być jeszcze ładniejsza i... - Wtem przerwała zdanie i nagle się zapowietrzyła, głośno wciągając powietrze do płuc w szoku. Cecily stała teraz przodem do wejścia i ewidentnie zobaczyła coś nad ramieniem Brenny, co wybitnie ją zbulwersowało, bo aż wybałuszyła oczy.
Mianowicie był to Cedric w kitlu szpitalnym i zdezelowanych butach. Nawet bez okularów tego gamonia poznała, więc naprawdę musiał się wyróżniać na tle tłumu.
No przecież jak ona z nim skończy i go przetrzepie, to skończy z taką samą liczbą kości, jak miał za niemowlaka.
- Ja was serdecznie przepraszam, ale muszę coś zrobić - oświadczyła Longbottomom, posłała im skruszone spojrzenie, po czym zadarła swoją fioletową kiecę i zaczęła gonić za bratem oraz ciągnącą go na piętro Dorą.
Po drodze prawie przewróciła się na twarz na schodach, bo nie oceniła poprawnie odległości między nimi, a jeszcze materiał sukienki wkręcił się jej pod stopy. Na szczęście złapała się schodka w ostatniej chwili, toteż jej zęby uniknęły pierwszego kontaktu ze stopniami.
- Ty chyba jesteś niepoważny - oświadczyła bratu, wchodząc za nimi do pokoju. Zdyszała się, wspinając się z taką nieludzką prędkością po schodach, więc nie miała jeszcze siły bić go po łbie. - Na golasa jeszcze mogłeś tu przyjść albo się w błocie wytarzać, wiesz? - Cecily oczywiście nie miała pojęcia o jego przygodzie z wymiotowaniem, więc nie wiedziała, że wcale nie jest daleko prawdy. - Dora, dziękuję, że go złapałaś. Chyba bym się przekręciła, gdyby tam zaczął gadać z ludźmi w takim stanie. Znaczy... nie insynuuję, że nie jesteś człowiekiem. - Spojrzała na dziewczynę jak przestraszony psidwak, pomrugała oczami. Chyba jej nie uraziła swoim paplaniem od rzeczy?
W przeciwieństwie do Crawley nie czuła się skrępowana ewentualną golizną brata, bo widziała go już w każdym wydaniu, więc kiedy się zaczął przebierać, stanęła nad nim i komentowała wszystko, nie zamykając się ani na chwilę.
- Nierówno guziki zapinasz. Koszulę w spodnie wsadź, bo będziesz wyglądał jak fleja. Jadłeś coś dzisiaj w ogóle? Wyglądasz, jakbyś nie jadł - nie przestawała mówić, stała tylko oparta o ścianę z założonymi rękoma. Aż w końcu poczuła dziwny zapach, jakoś dziwnie znajomy.
- Chwila, czy ty rzygałeś? -