22.07.2023, 00:19 ✶
Patrick zamrugał. Chwilę trwało zanim pojął, że Florence dość opacznie zrozumiała jego słowa. Nie. Nie. Nie. To wcale nie było tak. Nie ocalił świata przed Lordem Voldemortem. Nie udało mu się. Nie miał takich możliwości a sam, gdyby nie Victoria Lestrange, nie wiedziałby nawet gdzie znajdował się portal prowadzący do Limbo. To była zespołowa praca i zespołowa porażka, nawet jeśli w jego przypadku trochę większa niż pozostałych.
To znaczy miło było widzieć to ciepło w oczach Florence i miło było czuć rękę Florence na swojej zimnej ręce, bardzo miło, jakoś wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że to było aż tak miłe uczucie (wcześniej też nie było mu tak okropnie zimno), ale nie chciał jej oszukiwać. Pokręcił głową a w jego oczach rozbłysło szczere zakłopotanie.
Skupił spojrzenie na kobiecej dłoni, walcząc z chęcią splecenia ich palców. Co to za głupie pomysły? Po pierwsze to była Florence (ale jego umysł podpowiadał mu, że właśnie dobrze, że to była Florence). Po drugie, byli w Błędnym Rycerzu, niecałą dobę po ataku, a jeszcze przed południem, Patrick był przekonany, że traci wzrok. Westchnął pod nosem, zdając sobie sprawę, że mimo wszystkiego, co mówił i próbował pokazać najwidoczniej wciąż pozostawał nie tylko dość słaby, ale i rozkojarzony.
- Przeceniasz mnie. Stanowczo – zaoponował szeptem. – Nie byłem tam sam. Nawet nie wiedziałem jak tam wejść. Co zrobić powiedziała Szeptucha. A gdyby mi się nie udało, to samo co ja zrobiłaby Mavelle – wyjaśnił, znowu zdając sobie sprawę jak mętnie i niewłaściwie brzmiały te wyjaśnienia. – No i kamień został zniszczony za późno. Zdążył się już pożywić mocą Limbo.
I znowu ujął to nie tak jak należało. Powinien opowiedzieć całą historię od samego początku, by Florence mogła sama sobie wszystko poukładać i wyciągnąć wnioski. Tylko jeszcze nie był gotowy. Sam nie umiał jej ułożyć sobie w głowie a wspomnienie stojącego przed nim ojca, tylko jeszcze bardziej drażniło umysł Stewarda. I wprawiało go w konsternację.
- Jesteś rozsądna. Poradziłabyś sobie… – zaczął i urwał. Coś ściskało go w żołądku na myśl o tym, że miałaby się pojawić na polanie, miałaby biegać między ścianami czarnego ognia i walczyć. Dobrze, że jej tam nie było, bo w przeciwnym wypadku, zamiast skupiać się na walce ze snopami światła wzmacniającymi Voldemorta, próbowałby ją odnaleźć. – Ale nie chciałbym, byś kiedykolwiek musiała sobie sama radzić w takich okolicznościach.
W innej sytuacji Patrick nie zaprosiłby Florence nad wodę. Do mugolskiej kawiarni? I owszem. Prosił ją tam przecież nie raz. Na spacer po parku? Czemu nie. Ale teraz uderzyło w niego wspomnienie morza, szum fal, śmiech matki i jakoś zapragnął pojawić się na jakiejś plaży, poszukać muszelek, przespacerować się po molo. Wspomnienie było przecież ze starych, dobrych czasów. Jeszcze tych kiedy jego rodzice nie zbłądzili i nie oddali dusz w ręce groźnego czarnoksiężnika.
- Dziękuję – wymamrotał więc tylko, a potem wrócił do tematu brata Florence. – Myślę, że wszystko będzie dobrze z Atreusem. Był w środku krócej niż my. Przybył prawie na sam koniec. – Oczywiście to mogło nic nie znaczyć, ale Patrick myślał, że skoro ocalali on, Mavelle i Victoria a byli w Limbo dłużej, to tym bardziej musiał ocaleć i Atreus.
To znaczy miło było widzieć to ciepło w oczach Florence i miło było czuć rękę Florence na swojej zimnej ręce, bardzo miło, jakoś wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że to było aż tak miłe uczucie (wcześniej też nie było mu tak okropnie zimno), ale nie chciał jej oszukiwać. Pokręcił głową a w jego oczach rozbłysło szczere zakłopotanie.
Skupił spojrzenie na kobiecej dłoni, walcząc z chęcią splecenia ich palców. Co to za głupie pomysły? Po pierwsze to była Florence (ale jego umysł podpowiadał mu, że właśnie dobrze, że to była Florence). Po drugie, byli w Błędnym Rycerzu, niecałą dobę po ataku, a jeszcze przed południem, Patrick był przekonany, że traci wzrok. Westchnął pod nosem, zdając sobie sprawę, że mimo wszystkiego, co mówił i próbował pokazać najwidoczniej wciąż pozostawał nie tylko dość słaby, ale i rozkojarzony.
- Przeceniasz mnie. Stanowczo – zaoponował szeptem. – Nie byłem tam sam. Nawet nie wiedziałem jak tam wejść. Co zrobić powiedziała Szeptucha. A gdyby mi się nie udało, to samo co ja zrobiłaby Mavelle – wyjaśnił, znowu zdając sobie sprawę jak mętnie i niewłaściwie brzmiały te wyjaśnienia. – No i kamień został zniszczony za późno. Zdążył się już pożywić mocą Limbo.
I znowu ujął to nie tak jak należało. Powinien opowiedzieć całą historię od samego początku, by Florence mogła sama sobie wszystko poukładać i wyciągnąć wnioski. Tylko jeszcze nie był gotowy. Sam nie umiał jej ułożyć sobie w głowie a wspomnienie stojącego przed nim ojca, tylko jeszcze bardziej drażniło umysł Stewarda. I wprawiało go w konsternację.
- Jesteś rozsądna. Poradziłabyś sobie… – zaczął i urwał. Coś ściskało go w żołądku na myśl o tym, że miałaby się pojawić na polanie, miałaby biegać między ścianami czarnego ognia i walczyć. Dobrze, że jej tam nie było, bo w przeciwnym wypadku, zamiast skupiać się na walce ze snopami światła wzmacniającymi Voldemorta, próbowałby ją odnaleźć. – Ale nie chciałbym, byś kiedykolwiek musiała sobie sama radzić w takich okolicznościach.
W innej sytuacji Patrick nie zaprosiłby Florence nad wodę. Do mugolskiej kawiarni? I owszem. Prosił ją tam przecież nie raz. Na spacer po parku? Czemu nie. Ale teraz uderzyło w niego wspomnienie morza, szum fal, śmiech matki i jakoś zapragnął pojawić się na jakiejś plaży, poszukać muszelek, przespacerować się po molo. Wspomnienie było przecież ze starych, dobrych czasów. Jeszcze tych kiedy jego rodzice nie zbłądzili i nie oddali dusz w ręce groźnego czarnoksiężnika.
- Dziękuję – wymamrotał więc tylko, a potem wrócił do tematu brata Florence. – Myślę, że wszystko będzie dobrze z Atreusem. Był w środku krócej niż my. Przybył prawie na sam koniec. – Oczywiście to mogło nic nie znaczyć, ale Patrick myślał, że skoro ocalali on, Mavelle i Victoria a byli w Limbo dłużej, to tym bardziej musiał ocaleć i Atreus.