22.07.2023, 12:29 ✶
Zdaniem Florence to było dokładnie tak. Nie udało im się może powstrzymać Voldemorta, zanim wprowadził chaos i – być może – coś zyskał, ale nie pozwolili mu doprowadzić planu do końca. Portal, który się tworzył, został zamknięty, kamień, którym się posługiwał, zniszczono. W jej oczach Patrick po prostu był osobą, która sama nie dostrzegała swojego bohaterstwa.
Z jednej strony go za to podziwiała, z drugiej budziła się w niej nowa obawa.
Bo czy Voldemort nie spróbuje osób, które pokrzyżowały mu plany… ukarać? Czy nie zacznie na nich polować? Na Patricka, na jej brata? Na tę pozostałą dwójkę? Byli aurorami, ich główne zadanie to chwytanie czarnoksiężników i Florence zawsze żyła ze świadomością, że grozi im niebezpieczeństwo. Ale w tej chwili to zagrożenie stało się jakby bardziej namacalne.
Przez ułamek sekundy korciło ją, by spróbować spojrzeć w przyszłość Patricka. Nie zrobiła tego jednak. I nie wspomniała o własnych przemyśleniach, bo była pewna, że sam o tym pomyśli prędzej czy później – o ile już tego nie zrobił. Nie było potrzeby dokładać mu zmartwień w tej chwili.
– Powiedziała o tym właśnie tobie nie bez powodu. Ale czy to ważne? Stanąłeś naprzeciwko niego i ostatecznie zniszczyłeś kamień. Może zdążył ukraść moc, ale nie osiągnął wszystkiego, co chciał… bo ktoś był gotów z nim walczyć – powiedziała tylko łagodnie. Postać Szeptuchy znów stanęła jej przed oczami. Na Ostarze ją przeraziła, a teraz, gdy Patrick mówił, że udzieliła mu podpowiedzi… znów myślała o tamtej wróżbie… może już się jej nie podjęła? Może mogła o tym zapomnieć?
A co jeżeli nie?
– Wolałabym, żeby nikt nie musiał radzić sobie w takich warunkach – westchnęła, cofając wreszcie dłoń i prostując się. Palce miała teraz chłodne od jego dotyku. Po głowie chodziła jej myśl o tym, że to może być jakoś… związane z nekromancją, o której wiedziała nieco więcej niż w teorii powinna, i nieco mniej niż powinna w praktyce.
Nie zdołała powstrzymać lekkiego skrzywienia, wywołanego zmartwieniem, gdy wspomniał o Atreusie. Miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie wiedziała, co dokładnie się tam stało. Widok Stewarda, dochodzącego do siebie, napełniał ją otuchą, bo mógł oznaczać, że i Bulstrode najdalej jutro wstanie z łóżka.
A jednak…
Skoro był tam najkrócej, to dlaczego…
– Był w dużo gorszym stanie niż wy – szepnęła. Nie miała pojęcia, że zabrakło tu jednego elementu: żaden duch nie zdążył oddać mu kawałka siebie, by mógł powrócić stosunkowo bez szwanku, za to… z pewną pamiątką. – Z jakichś powodów uznali, że musi zająć się nim sama arcykapłanka… Ale podobno pod jej opieką dojdzie do siebie. Naprawdę, większość bliskich mi osób, uczyniła z ryzykowania sposób na życie – powiedziała, uśmiechając się blado. Bodaj tylko Seraphina (nie)grzecznie siedziała w swoim kasynie, a ochroniarz gwarantował, że włos nie spadnie z jej ślicznej główki. Ojciec auror, bracia aurorzy, przyjaciel auror, kuzynka magomedyczka, która jak się okazało też nocą była na polanie i ratowała cywilów…
Z jednej strony go za to podziwiała, z drugiej budziła się w niej nowa obawa.
Bo czy Voldemort nie spróbuje osób, które pokrzyżowały mu plany… ukarać? Czy nie zacznie na nich polować? Na Patricka, na jej brata? Na tę pozostałą dwójkę? Byli aurorami, ich główne zadanie to chwytanie czarnoksiężników i Florence zawsze żyła ze świadomością, że grozi im niebezpieczeństwo. Ale w tej chwili to zagrożenie stało się jakby bardziej namacalne.
Przez ułamek sekundy korciło ją, by spróbować spojrzeć w przyszłość Patricka. Nie zrobiła tego jednak. I nie wspomniała o własnych przemyśleniach, bo była pewna, że sam o tym pomyśli prędzej czy później – o ile już tego nie zrobił. Nie było potrzeby dokładać mu zmartwień w tej chwili.
– Powiedziała o tym właśnie tobie nie bez powodu. Ale czy to ważne? Stanąłeś naprzeciwko niego i ostatecznie zniszczyłeś kamień. Może zdążył ukraść moc, ale nie osiągnął wszystkiego, co chciał… bo ktoś był gotów z nim walczyć – powiedziała tylko łagodnie. Postać Szeptuchy znów stanęła jej przed oczami. Na Ostarze ją przeraziła, a teraz, gdy Patrick mówił, że udzieliła mu podpowiedzi… znów myślała o tamtej wróżbie… może już się jej nie podjęła? Może mogła o tym zapomnieć?
A co jeżeli nie?
– Wolałabym, żeby nikt nie musiał radzić sobie w takich warunkach – westchnęła, cofając wreszcie dłoń i prostując się. Palce miała teraz chłodne od jego dotyku. Po głowie chodziła jej myśl o tym, że to może być jakoś… związane z nekromancją, o której wiedziała nieco więcej niż w teorii powinna, i nieco mniej niż powinna w praktyce.
Nie zdołała powstrzymać lekkiego skrzywienia, wywołanego zmartwieniem, gdy wspomniał o Atreusie. Miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie wiedziała, co dokładnie się tam stało. Widok Stewarda, dochodzącego do siebie, napełniał ją otuchą, bo mógł oznaczać, że i Bulstrode najdalej jutro wstanie z łóżka.
A jednak…
Skoro był tam najkrócej, to dlaczego…
– Był w dużo gorszym stanie niż wy – szepnęła. Nie miała pojęcia, że zabrakło tu jednego elementu: żaden duch nie zdążył oddać mu kawałka siebie, by mógł powrócić stosunkowo bez szwanku, za to… z pewną pamiątką. – Z jakichś powodów uznali, że musi zająć się nim sama arcykapłanka… Ale podobno pod jej opieką dojdzie do siebie. Naprawdę, większość bliskich mi osób, uczyniła z ryzykowania sposób na życie – powiedziała, uśmiechając się blado. Bodaj tylko Seraphina (nie)grzecznie siedziała w swoim kasynie, a ochroniarz gwarantował, że włos nie spadnie z jej ślicznej główki. Ojciec auror, bracia aurorzy, przyjaciel auror, kuzynka magomedyczka, która jak się okazało też nocą była na polanie i ratowała cywilów…