22.07.2023, 21:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.07.2023, 12:16 przez Brenna Longbottom.)
Drugi maja Brenna spędziła w lesie, dwa kolejne dni – w pętli nadgodzin, częściowo w Dolinie, częściowo w Ministerstwie, nie pojawiając się nawet w domu i łapiąc krótkie drzemki w miejscu, w którym akurat się znalazła. Dzisiaj musiała wrócić: przygotowania do pogrzebu wuja nie były czymś, co w całości mogła zrzucić na Danielle, a chociaż matka wzięła na siebie lwią część obowiązków, Brenna nie mogła być tak całkiem… nieobecna.
Wracała właśnie z rozmowy z mugolskim zarządcą cmentarza, odnośnie paru szczegółów dotyczących rodzinnego grobowca, gdy mijając dom Trelawneyów usłyszała charakterystyczny trzask teleportacji.
Było to prawdopodobnie coś, co większość ludzi by zignorowała. Ale Brenna była wręcz nadmiernie ostrożna, a atak podczas Beltane zwielokrotnił tylko jej paranoję, wyrabianą powoli, lecz systematycznie w ciągu ostatnich dwóch lat. Dom Trelawneyów stał opuszczony od dawna. Wszyscy jego mieszkańcy opuścili go jakieś… dziewięć lat temu? Nigdy nie widziała, aby ktokolwiek z nich się tu pojawił w tym okresie. Dom niszczał powoli, opuszczony i zapomniany.
Czyżby ktoś postanowił wykorzystać opuszczony budynek jako kryjówkę? A może, korzystając z uszkodzeń, do jakich doszło podczas wichury, jakiś delikwent chciał włamać się do środka i zobaczyć, czy zostało tam coś wartościowego?
Sięgnęła po różdżkę i starając się poruszać cicho weszła do zaniedbanego ogródka. Ledwo jednak dojrzała sylwetkę mężczyzny, stojącego pod domem, zapatrzonego w fasadę podniszczonego budynku… rozpoznała go.
- Cześć, Tancred – przywitała się, opuszczając rękę. Uśmiechnęła się do niego, może nie tak radośnie, jak zwykle – Brenna była wesołą dziewczyną, a nawet kiedy nie miała najlepszego nastroju, próbowała to maskować – ale szczerze. – Myślałam, że to jakiś włamywacz.
Podeszła bliżej, zatrzymała się w odległości jakichś dwóch metrów, obrzucając go uważnym spojrzeniem, odnotowując zmiany, jakie w nim zaszły. Wychowywali się oboje w Dolinie, znała jego i jego młodsze rodzeństwo, ale potem odeszli, a jego praca w Hogwarcie nie dawała bardzo wielu okazji do towarzyskich spotkań.
- Paskudnie to wygląda, co? – rzuciła, przenosząc spojrzenie na dom. Trochę jakby ostatni raz widzieli się wczoraj, a nie najmniej przed kilkoma miesiącami. – Z domku w naszym ogrodzie… tego, który lata temu był domkiem ogrodnika… wichura zerwała dach. Wywaliła też jedno drzewo.
Wracała właśnie z rozmowy z mugolskim zarządcą cmentarza, odnośnie paru szczegółów dotyczących rodzinnego grobowca, gdy mijając dom Trelawneyów usłyszała charakterystyczny trzask teleportacji.
Było to prawdopodobnie coś, co większość ludzi by zignorowała. Ale Brenna była wręcz nadmiernie ostrożna, a atak podczas Beltane zwielokrotnił tylko jej paranoję, wyrabianą powoli, lecz systematycznie w ciągu ostatnich dwóch lat. Dom Trelawneyów stał opuszczony od dawna. Wszyscy jego mieszkańcy opuścili go jakieś… dziewięć lat temu? Nigdy nie widziała, aby ktokolwiek z nich się tu pojawił w tym okresie. Dom niszczał powoli, opuszczony i zapomniany.
Czyżby ktoś postanowił wykorzystać opuszczony budynek jako kryjówkę? A może, korzystając z uszkodzeń, do jakich doszło podczas wichury, jakiś delikwent chciał włamać się do środka i zobaczyć, czy zostało tam coś wartościowego?
Sięgnęła po różdżkę i starając się poruszać cicho weszła do zaniedbanego ogródka. Ledwo jednak dojrzała sylwetkę mężczyzny, stojącego pod domem, zapatrzonego w fasadę podniszczonego budynku… rozpoznała go.
- Cześć, Tancred – przywitała się, opuszczając rękę. Uśmiechnęła się do niego, może nie tak radośnie, jak zwykle – Brenna była wesołą dziewczyną, a nawet kiedy nie miała najlepszego nastroju, próbowała to maskować – ale szczerze. – Myślałam, że to jakiś włamywacz.
Podeszła bliżej, zatrzymała się w odległości jakichś dwóch metrów, obrzucając go uważnym spojrzeniem, odnotowując zmiany, jakie w nim zaszły. Wychowywali się oboje w Dolinie, znała jego i jego młodsze rodzeństwo, ale potem odeszli, a jego praca w Hogwarcie nie dawała bardzo wielu okazji do towarzyskich spotkań.
- Paskudnie to wygląda, co? – rzuciła, przenosząc spojrzenie na dom. Trochę jakby ostatni raz widzieli się wczoraj, a nie najmniej przed kilkoma miesiącami. – Z domku w naszym ogrodzie… tego, który lata temu był domkiem ogrodnika… wichura zerwała dach. Wywaliła też jedno drzewo.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.