22.07.2023, 23:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.07.2023, 06:56 przez Eden Lestrange.)
Dotychczas nie mogła w wyobraźni zwizualizować scenariusza, w którym poświęca swoje życie dla kogoś, choć niejednokrotnie próbowała, by sprawdzić, czy ostały się w niej jakiekolwiek resztki empatii. Mówiła zawsze, że zrobiłaby wszystko dla rodziny, ale przy tym zakresie znajdowała się mała gwiazdka, wyjątek, który nie był obejmowany przez obiecywaną polisę. Uchyliłaby dla niej nieba, a gdyby to nie było możliwe, rozwarłaby wrota piekieł zamiast tego, gwoli zasady “jak nie drzwiami, to oknem”. Sprawiłaby, żeby świat stanął na głowie, zatrząsł się w posadach, a może nawet i runął, bo straty w ludziach nie miały znaczenia, gdy w grę wchodziło życie jej bliskich. Niemniej nie widziała się w roli męczennika.
Może była zbyt egocentryczna, by dopuścić do siebie koncept samej siebie w roli altruistycznej ofiary. A może po prostu do tej pory nie spotkała nikogo takiego, kto w oczach Eden byłby warty postawienia swojego życia na szali.
Spoglądając na Alastora wiedziała, że on nie zmaga się z takimi rozterkami. Rzuciłby się w ogień dla zupełnie obcych osób, więc nawet nie próbowała wyobrażać sobie, co poświęciłby dla bliskich. Po jego heroicznej śmierci okrzyknęliby go co najmniej świętym, tego była pewna, a to tylko potęgowało uczucie, że tak bardzo nie pasowała do jego świata. Może to kwestia zwykłego efektu aureoli, ale wydawała się przy nim tak moralnie brudna, że nawet nie wiedziała, czy powinna mu teraz służyć radą. To jakby anioł pytał demona, co powinien ze sobą w życiu poczynić.
- Wybacz, że uderzę z grubej rury - zaczęła, od razu żałując tego, co miała powiedzieć dalej, ale po cichej analizie zysków i strat we własnej głowie doszła do wniosku, że do Alastora albo dotrze terapia szokowa, albo nic. - Ale istnieje również szansa, że za ten jeden czy dwa dni twojej siostry może już z nami nie być. Wolisz przeczesywać knieje w poszukiwaniu martwych ciał, zamiast spędzić z siostrą, możliwe, że ostatnie jej dni? - Zapytała, wpatrując się w niego zmartwionym spojrzeniem.
Patrzyła na niego tak bez przerwy, aż do momentu, gdy przyciągnął ją do siebie i wtulił się, wciskając twarz w nią samą. Eden westchnęła tuż po nim, choć z zupełnie innym wydźwiękiem; brzmiała, jakby serdecznie mu współczuła, co nie było częste w przypadku Lestrange.
- Co ja bym zrobiła? Prawdopodobnie wzięłabym twoje dyżury, żebyś mógł o siebie zadbać. Ty byś miał to kompletnie w dupie, przyszedłbyś do roboty i tak, więc łaziłabym za tobą jak groteskowa wersja anioła stróża, próbując odwieść cię od uskuteczniania heroicznych, acz suicydalnych czynów. Narzekałabym ci intensywnie nad uchem, że przez ciebie pracuję po godzinach, i że jak to się wszystko skończy, to będziesz musiał mi to zrekompensować. To też byś miał pozornie w dupie, a koniec końców przyniósłbyś mi pączka lub inne ciastko, na które rzekomo „po prostu nie miałeś ochoty”. - Przedstawiła mu niezwykle szczegółową wizję, która teraz wydawała się dziwacznie nostalgiczna, ale zarazem najbardziej prawdopodobna. Pogłaskała go czule po głowie, a drugą rękę położyła pomiędzy jego łopatkami, spoglądając na niego z drobnym uśmiechem. Z jednej strony wiedziała, że to nie jest sytuacja, w której powinno jej być do śmiechu, ale z drugiej… Tak po prostu na nią działał.
Może była zbyt egocentryczna, by dopuścić do siebie koncept samej siebie w roli altruistycznej ofiary. A może po prostu do tej pory nie spotkała nikogo takiego, kto w oczach Eden byłby warty postawienia swojego życia na szali.
Spoglądając na Alastora wiedziała, że on nie zmaga się z takimi rozterkami. Rzuciłby się w ogień dla zupełnie obcych osób, więc nawet nie próbowała wyobrażać sobie, co poświęciłby dla bliskich. Po jego heroicznej śmierci okrzyknęliby go co najmniej świętym, tego była pewna, a to tylko potęgowało uczucie, że tak bardzo nie pasowała do jego świata. Może to kwestia zwykłego efektu aureoli, ale wydawała się przy nim tak moralnie brudna, że nawet nie wiedziała, czy powinna mu teraz służyć radą. To jakby anioł pytał demona, co powinien ze sobą w życiu poczynić.
- Wybacz, że uderzę z grubej rury - zaczęła, od razu żałując tego, co miała powiedzieć dalej, ale po cichej analizie zysków i strat we własnej głowie doszła do wniosku, że do Alastora albo dotrze terapia szokowa, albo nic. - Ale istnieje również szansa, że za ten jeden czy dwa dni twojej siostry może już z nami nie być. Wolisz przeczesywać knieje w poszukiwaniu martwych ciał, zamiast spędzić z siostrą, możliwe, że ostatnie jej dni? - Zapytała, wpatrując się w niego zmartwionym spojrzeniem.
Patrzyła na niego tak bez przerwy, aż do momentu, gdy przyciągnął ją do siebie i wtulił się, wciskając twarz w nią samą. Eden westchnęła tuż po nim, choć z zupełnie innym wydźwiękiem; brzmiała, jakby serdecznie mu współczuła, co nie było częste w przypadku Lestrange.
- Co ja bym zrobiła? Prawdopodobnie wzięłabym twoje dyżury, żebyś mógł o siebie zadbać. Ty byś miał to kompletnie w dupie, przyszedłbyś do roboty i tak, więc łaziłabym za tobą jak groteskowa wersja anioła stróża, próbując odwieść cię od uskuteczniania heroicznych, acz suicydalnych czynów. Narzekałabym ci intensywnie nad uchem, że przez ciebie pracuję po godzinach, i że jak to się wszystko skończy, to będziesz musiał mi to zrekompensować. To też byś miał pozornie w dupie, a koniec końców przyniósłbyś mi pączka lub inne ciastko, na które rzekomo „po prostu nie miałeś ochoty”. - Przedstawiła mu niezwykle szczegółową wizję, która teraz wydawała się dziwacznie nostalgiczna, ale zarazem najbardziej prawdopodobna. Pogłaskała go czule po głowie, a drugą rękę położyła pomiędzy jego łopatkami, spoglądając na niego z drobnym uśmiechem. Z jednej strony wiedziała, że to nie jest sytuacja, w której powinno jej być do śmiechu, ale z drugiej… Tak po prostu na nią działał.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~