23.07.2023, 00:26 ✶
Grymas był dla niej uśmiechem. Wiedziała, że Trelawney miał… specyficzne poczucie humoru, ciężko było nie zauważyć, gdy samemu było się aż taką pajacerą, tym bardziej więc doceniła, że przynajmniej starał się uśmiechnąć.
– Minęło parę lat. Nie myśleliście, żeby go sprzedać? – spytała, chowając różdżkę. Dłonie ukryła w kieszeniach, znów odwracając wzrok od niego, i przenosząc go na dom. Nosił ślady lat zaniedbania, a wichura także nie pomogła.
Kiedyś miała nadzieję, że któreś z Trelawneyów wróci, ale porzuciła tę myśl już dawno. Niektórzy musieli zostać. Inni musieli odejść. Jeżeli pozostawienie za sobą rodzinnego domu i związanych z nim wspomnień było tym, co uznali za najlepsze, jak mogłaby uznać, że wie lepiej?
Milczała długą chwilę, kiedy powiedział, że słyszał, że było źle. Przed oczyma znów stawały jej obrazy z Beltane. Śmigająca ku nim kolumna ognia. Słupy majowe, wprawione w ruch różdżką śmierciożercy. Chwile, gdy trzymała w ramionach nieprzytomną, ranną Heather i walczyła, aby ich nie zasypało. Duch chłopca w lesie…
Włosy wciąż miała lekko nadpalone. Zamierzała przyciąć je nieco na pogrzeb, a może potem doprowadzić do porządku w pełni…
– Było – powiedziała w końcu cicho. – Voldemort przeszedł samego siebie. Wiedziałam, że to nic nie warci mordercy, ale nie spodziewałam się, że będą po prostu zabijać jak leci. Na sabacie, gdzie byli i czystokrwiści.
Oczywiście, mieli w tym swój cel. Wiedziała nawet jaki. Ale to wszystko pokazywało, że dla Voldemorta liczyły się tylko dwie rzeczy: władza i potęga. Nawet jego własna ideologia była przykrywką do ich zdobycia.
– Przestała za nim płakać po jakimś roku – zażartowała odruchowo, chociaż przy Tancredzie żarty rzadko miały sens. Ale już taki miała styl bycia. I… to było jakoś łatwiej niż powiedzieć: jutro organizujemy pogrzeb. Nie chciała o tym teraz rozmawiać. Nie miała siły. W domu ten temat i tak był głównym. – A zapomniała o nim całkiem, kiedy rozwaliłam jej inny, ulubiony wazon… przed moim siódmym rokiem w Hogwarcie. Większość z nas… była na Beltane, a teraz mamy sporo pracy.
Longbottomowie byli rodziną aurorów i Brygadzistów. Młodsza kuzynka Brenny jako uzdrowicielka też miała pełne ręce roboty.
– A jak Hogwart? Nauczycielka od numerologii dalej ma swój ulubiony szlafrok w kaczki? Uczniowie dają ci się we znaki? Jeżeli trafiają się takie jednostki jak ja, to ci współczuję – powiedziała, na moment uciekając myślami ku szkole. Czasem, zwłaszcza ostatnio, tęskniła za nią. Wtedy… wszystko zdawało się takie proste.
– Minęło parę lat. Nie myśleliście, żeby go sprzedać? – spytała, chowając różdżkę. Dłonie ukryła w kieszeniach, znów odwracając wzrok od niego, i przenosząc go na dom. Nosił ślady lat zaniedbania, a wichura także nie pomogła.
Kiedyś miała nadzieję, że któreś z Trelawneyów wróci, ale porzuciła tę myśl już dawno. Niektórzy musieli zostać. Inni musieli odejść. Jeżeli pozostawienie za sobą rodzinnego domu i związanych z nim wspomnień było tym, co uznali za najlepsze, jak mogłaby uznać, że wie lepiej?
Milczała długą chwilę, kiedy powiedział, że słyszał, że było źle. Przed oczyma znów stawały jej obrazy z Beltane. Śmigająca ku nim kolumna ognia. Słupy majowe, wprawione w ruch różdżką śmierciożercy. Chwile, gdy trzymała w ramionach nieprzytomną, ranną Heather i walczyła, aby ich nie zasypało. Duch chłopca w lesie…
Włosy wciąż miała lekko nadpalone. Zamierzała przyciąć je nieco na pogrzeb, a może potem doprowadzić do porządku w pełni…
– Było – powiedziała w końcu cicho. – Voldemort przeszedł samego siebie. Wiedziałam, że to nic nie warci mordercy, ale nie spodziewałam się, że będą po prostu zabijać jak leci. Na sabacie, gdzie byli i czystokrwiści.
Oczywiście, mieli w tym swój cel. Wiedziała nawet jaki. Ale to wszystko pokazywało, że dla Voldemorta liczyły się tylko dwie rzeczy: władza i potęga. Nawet jego własna ideologia była przykrywką do ich zdobycia.
– Przestała za nim płakać po jakimś roku – zażartowała odruchowo, chociaż przy Tancredzie żarty rzadko miały sens. Ale już taki miała styl bycia. I… to było jakoś łatwiej niż powiedzieć: jutro organizujemy pogrzeb. Nie chciała o tym teraz rozmawiać. Nie miała siły. W domu ten temat i tak był głównym. – A zapomniała o nim całkiem, kiedy rozwaliłam jej inny, ulubiony wazon… przed moim siódmym rokiem w Hogwarcie. Większość z nas… była na Beltane, a teraz mamy sporo pracy.
Longbottomowie byli rodziną aurorów i Brygadzistów. Młodsza kuzynka Brenny jako uzdrowicielka też miała pełne ręce roboty.
– A jak Hogwart? Nauczycielka od numerologii dalej ma swój ulubiony szlafrok w kaczki? Uczniowie dają ci się we znaki? Jeżeli trafiają się takie jednostki jak ja, to ci współczuję – powiedziała, na moment uciekając myślami ku szkole. Czasem, zwłaszcza ostatnio, tęskniła za nią. Wtedy… wszystko zdawało się takie proste.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.