Otrzymując zaproszenie na bal, w pierwszej chwili myślała, że odmówi. Dosłownie przez małą sekundę, gdy jej palce zapoznawały się z kawałkiem papieru, oczy z ciekawością zerkały na litery i pojawiło się palące poczucie zapewnienia sobie wymówki. Zaraz jednak pojawił się w jej głowie głos, który znała bardzo dobrze. Właściwie wyryty chyba na wieki gdzieś w mrokach jej pokręconego umysłu, niczym tekst na kamiennej ścianie, przeszywający na wskroś, nawet, teraz gdy była już dorosła i samodzielna. Jadowity ton, ociekający pogardą i niezadowoleniem. „Znów będziesz siedzieć jak to dziwadło. Wiecznie sama, tylko z kartami. Dosłownie jak swój tatuś. Czemu nie umiesz być jak inni, czemu nie masz ambicji?”. Pytał skrzek w jej głowie, który doskonale odzwierciedlał ton jej matki. Człowieka, którego nienawidziła całym sobą i jednocześnie, chyba jedynego na świecie, którego próbowała zadowolić, kiedy w zasadzie nie miał do powiedzenia nic na temat jej życia.
Porzuciła więc myśl o spokojnym wieczorku z kartami, herbatą i radiem nastawionym na nastrojową muzykę. Zmieniła to wszystko na suknię, biżuterię i elegancki makijaż oraz wygodne buciki na niewielkim obcasie. Wszak je i tak zasłaniał materiał odzienia. Oczywiście wszystko w jednym prawdziwym kolorze, nieśmiertelnej i eleganckiej czerni. Od śmierci męża była to barwa dominujący w jej szafie. Niektórzy mogliby uznać, że również w życiu i biedna kobieta trwa w żałobie oraz tęsknocie po bolesnej stracie, ale prawda była inna. Astoria zwyczajnie doceniała piękno i praktyczność tej barwy, chociaż było to głupie, nosiła go również na przekór nieboszczykowi, który twierdził, że elegancka kobieta nie powinna nosić się tak, by zachwycać oko męża. Tak więc czerń była pewnym symbolem wyzwolenia, podobnie jak uzależnienie od nikotyny, które wkradło się w jej życie powoli i co tu dużo mówić. Dość spodziewanie.
Teraz więc, przez głos matki, odbijający się echem w umyśle, stała w sali balowej domu organizatorów przyjęcia i nieco zbyt nerwowo poprawiała proste, rozpuszczone włosy, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby je upiąć w jakiś sposób. Czy nie było to zbyt mało eleganckie jak na tego typu wieczór? Ten gest niekoniecznie pasował do postawy zimnej elegantki, którą zazwyczaj prezentowała światu, ale trwało to zaledwie chwilę, przez którą zapewne nikt nie zauważył frasobliwego odruchu. Prawda była taka, że nieco onieśmielał i przytłaczał ją tłum ludzi, cała ta elegancja, blichtr bogactwa, wylewającego się zewsząd. Przypominał o życiu, które miała już dawno za sobą, ale z drugiej strony miło było wyrwać się z domu, pokręcić po wystawnym domu Longbottomów i popatrzeć na te wszystkie piękne twarze.
Przy okazji pięknych twarzy i ich posiadaczy. Gdy tylko Astorii udało się wyłapać spojrzenie Brenny, skłoniła delikatnie głową w geście powitania i posłała kobiecie uśmiech. Nie miała zamiaru dokładać jej sobą jeszcze więcej pracy. Czarnowłosa uznała, że gospodyni ma już i tak wystarczająco dużo osób do pozdrowienia, powitania, odbębnienia krótkiej pogadanki, że nie potrzebowała jeszcze jednej osóbki grzejącej się w jej aurze. Do tego dla widmowidzki bezpieczniejszym wydawało się zostać w nieco mniej zatłoczonej części sali, gdzieś bliżej ściany, gdzie niczym szara eminencja mogła podziwiać wszystko, co dzieje się wkoło. A działo się sporo. Przez chwilę podziwiała postawę Brenny, pewność siebie, takt i umiejętność zagadania każdego. To właśnie było dziecko, jakiego chciałaby jej matka. Ta myśl zapiekła, ale zaraz też zniknęła, razem z chwilowym uczuciem zazdrości. Przecież była za stara na takie rzeczy, poza tym matka już nie mogła nią sterować, jej umysł niedomagał, mieszał fakty, a mimo to, szło jej to tak dobrze, że Astoria zaczęła się zastanawiać, czy czasem nie rzuciła na nią jakiegoś paskudnego zaklęcia.
W pewnym momencie gdzieś pomiędzy kolejną falą rozmyślań i podziwiania otoczenia dostrzegła znajomą sylwetkę, ciemne włosy w wiecznym nieładzie. Potrzebowała chwili, by upewnić się, że nie ma złudzeń, że to nie wyobraźnia robi sobie żarty, albo to ktoś bardzo podobny. Postanowiła więc, chociaż się przywitać, jak kultura nakazała.
— Kogo to moje piękne oczy widzą. — Zagadnęła, stając przed swoim kuzynem. — Alastorze twojej obecności nie spodziewała się chyba nawet moja kryształowa kula. — Zaśmiała się delikatnie, lustrując go od stóp do głów.— Wyglądasz bardzo elegancko — dorzuciła taktownie.