23.07.2023, 15:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.07.2023, 16:22 przez Brenna Longbottom.)
Brenna po prawdzie wolałaby nabić sobie kilka siniaków niż uszkodzić ten zegarek. Nie chodziło o jego wartość materialną – miała ten luksus, że przyszła na świat w majętnej rodzinie, jej matka była bogaczką, a dziadek Potter zostawił wnukom całe stosy złota. Był jednak dla niej ważny. Nosiła go, odkąd miała siedemnaście lat, a był w rodzinie dużo dłużej. Przy okazji ubrudziła sobie także spodnie, ale to już nie miało znaczenia. Miała nadzieję, że uda się naprawić tę tarczę…
Uniosła głowę, kiedy usłyszała czyjś głos. Kolorowy ptak, przyszło jej przez myśl na widok jego szaty. Sama, jak zwykle, gdy poruszała się po niemagicznym Londynie, była odziana w nijakie szarości, nie przyciągające uwagi. Był chyba młody: ale Brenna miała nieładną tendencję uważać parę lat młodsze od siebie osoby za niemalże dzieciaki, podczas gdy wcale nie miała się za dużo młodszą od tych, którzy mieli te parę lat więcej.
– Żyję, nie jestem połamana, nie zdeptałam dziecka i udało mi się nie rozwalić straganu tego miłego pana obok, więc chyba można powiedzieć, że tak, wszystko w porządku – zapewniła. W stylu Brenny, czyli używając dwudziestu słów tam, gdzie ktoś poprzestałby na jednym. Lakoniczne wypowiedzi stosowała głównie, kiedy uważała to za konieczne.
Ujęła jego rękę, bo odrzucenie przyjaznego gestu byłoby niegrzeczne i dźwignęła się na nogi. I omal natychmiast znów ich nie potrącono.
– Straszny tu tłok, prawda? Chyba wszyscy koniecznie chcą spróbować ciasteczek z wróżbą. Próbował ich pan? Nie polecam, moje zwiastowało kłopoty. Albo chcą kupić… eee… chustkę – rzuciła, spoglądając na asortyment najbliższego stoiska. Była trochę zdziwiona, że tyle osób zdecydowało się na udział w jarmarku po Beltane. Miała wrażenie, że ostatnie dwa tygodnie wszędzie było jakoś… mniej tłoczno. I może to o chodziło? Ludzie czuli potrzebę, aby znowu ruszyć się z domów? – Obawiam się, że jeśli tu zostaniemy, to nas stratują – powiedziała, obdarzając go uśmiechem. I sama ruszyła na bok, by skręcić z Pokątnej w alejkę łączącą dwa światy: Pokątną i Nokturn. Dopiero na Horyzontalnej tłum nagle się przerzedził – z oddali dobiegały wprawdzie odgłosy świadczące o tym, że Fontanna Szczęśliwego Losu jak zwykle ma wielu klientów, ale nikt już ich nie potrącał, a po okolicy kręciło się ledwo kilka osób, głównie spieszących do domów.
Brenna zaczęła otrzepywać ubranie po upadku, i… zamarła na moment, po czym wsunęła dłoń do kieszeni. Z jej ust wydobyło się westchnienie.
Bo właśnie odkryła, że przewracając się, prawdopodobnie zgubiła sakiewkę. Ewentualnie gdzieś w tym tłumie kręcił się Edgar – kieszonkowiec i nie zauważyła, że jego ręka zanurkowała w jego kieszeni. Chociaż wersja z wypadnięciem, zdawała się bardziej prawdopodobna. Na całe szczęście, nie było tam wiele pieniędzy, ale wciąż wydarzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, że zamierzała wstąpić do sklepu, więc... narobiło jej to trochę kłopotów, bo albo zrezygnuje, albo wpadnie najpierw do banku.
– Chyba mam dziś pecha – mruknęła, być może bardziej do siebie niż do niego. Jej dłoń zamiast na sakiewkę natrafiła bowiem na kartelusik z napisem „Seria drobnych kłopotów”
Uniosła głowę, kiedy usłyszała czyjś głos. Kolorowy ptak, przyszło jej przez myśl na widok jego szaty. Sama, jak zwykle, gdy poruszała się po niemagicznym Londynie, była odziana w nijakie szarości, nie przyciągające uwagi. Był chyba młody: ale Brenna miała nieładną tendencję uważać parę lat młodsze od siebie osoby za niemalże dzieciaki, podczas gdy wcale nie miała się za dużo młodszą od tych, którzy mieli te parę lat więcej.
– Żyję, nie jestem połamana, nie zdeptałam dziecka i udało mi się nie rozwalić straganu tego miłego pana obok, więc chyba można powiedzieć, że tak, wszystko w porządku – zapewniła. W stylu Brenny, czyli używając dwudziestu słów tam, gdzie ktoś poprzestałby na jednym. Lakoniczne wypowiedzi stosowała głównie, kiedy uważała to za konieczne.
Ujęła jego rękę, bo odrzucenie przyjaznego gestu byłoby niegrzeczne i dźwignęła się na nogi. I omal natychmiast znów ich nie potrącono.
– Straszny tu tłok, prawda? Chyba wszyscy koniecznie chcą spróbować ciasteczek z wróżbą. Próbował ich pan? Nie polecam, moje zwiastowało kłopoty. Albo chcą kupić… eee… chustkę – rzuciła, spoglądając na asortyment najbliższego stoiska. Była trochę zdziwiona, że tyle osób zdecydowało się na udział w jarmarku po Beltane. Miała wrażenie, że ostatnie dwa tygodnie wszędzie było jakoś… mniej tłoczno. I może to o chodziło? Ludzie czuli potrzebę, aby znowu ruszyć się z domów? – Obawiam się, że jeśli tu zostaniemy, to nas stratują – powiedziała, obdarzając go uśmiechem. I sama ruszyła na bok, by skręcić z Pokątnej w alejkę łączącą dwa światy: Pokątną i Nokturn. Dopiero na Horyzontalnej tłum nagle się przerzedził – z oddali dobiegały wprawdzie odgłosy świadczące o tym, że Fontanna Szczęśliwego Losu jak zwykle ma wielu klientów, ale nikt już ich nie potrącał, a po okolicy kręciło się ledwo kilka osób, głównie spieszących do domów.
Brenna zaczęła otrzepywać ubranie po upadku, i… zamarła na moment, po czym wsunęła dłoń do kieszeni. Z jej ust wydobyło się westchnienie.
Bo właśnie odkryła, że przewracając się, prawdopodobnie zgubiła sakiewkę. Ewentualnie gdzieś w tym tłumie kręcił się Edgar – kieszonkowiec i nie zauważyła, że jego ręka zanurkowała w jego kieszeni. Chociaż wersja z wypadnięciem, zdawała się bardziej prawdopodobna. Na całe szczęście, nie było tam wiele pieniędzy, ale wciąż wydarzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, że zamierzała wstąpić do sklepu, więc... narobiło jej to trochę kłopotów, bo albo zrezygnuje, albo wpadnie najpierw do banku.
– Chyba mam dziś pecha – mruknęła, być może bardziej do siebie niż do niego. Jej dłoń zamiast na sakiewkę natrafiła bowiem na kartelusik z napisem „Seria drobnych kłopotów”
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.