23.07.2023, 21:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.07.2023, 21:45 przez Alanna Carrow.)
Poczuła się chyba zbyt pewna siebie, skoro podjęła decyzję o dalszej wędrówce. Po cholerę jej to było – prawdziwa Carrow prawdopodobnie uznałaby, że pierdoli taką robotę i po prostu wraca, bo tu już nie ma nic więcej do szukania i koniec, kropka, stop. Albo raczej: że sama chodzić nie będzie.
Tyle że prawdziwej Carrow nie było. A Clare dręczyło poczucie winy – niby zrobiła, co mogła, żeby ograniczyć straty w mugolach (oby się nikt nie połapał…), niemniej wciąż: cholerny kamień trafił na swoje miejsce i nie robiła nic, żeby to powstrzymać.
Z drugiej strony: czy byłaby w stanie wymiernie wpłynąć na działania Voldemorta? Zapewne nie, niemniej z której by strony nie patrzeć: nie powinna była iść dalej sama. Bo to, że dotychczasowa droga była łatwa, nie oznaczało, że za parę kroków nie natrafi jednak na coś gorszego.
No i w zasadzie: natrafiła.
Wpadła niczym śliwka w kompot; nie zauważyła tych psów dostatecznie wcześnie, żeby móc je obejść, ucieczka w grę nie wchodziła – na drzewo nie byłaby w stanie się wspiąć, a bieg przed siebie nie wchodził w grę z oczywistych wręcz przyczyn. Pozostało tylko… nie, nie położyć się grzecznie i umrzeć, stając się przekąską dla piesków. Machnęła różdżką, starając się ogłupić zwierzęta zaklęciem; ba, nie tyle ogłupić, co skłonić je do „zajęcia” się sobą nawzajem. Tak, niech na czym innym ostrzą swoje kły…
rzut na zauroczenie
Odkryj wiadomość pozafabularną
Kłapnięcie zębami. Nie, Alanny to nie sięgało – jeden z psów nagle się obrócił i rzucił na innego, celując w szyję, a kolejny nawet się nie namyślał, tylko dołączył do kotłowaniny. Carrow nie czekała, obróciła się po prostu na pięcie i zaczęła biec w stronę, z której przyszła, żeby znaleźć się jak najdalej od nich, zanim zaklęcie przestanie działać. I zanim ciało odmówi jej posłuszeństwa.
Szlag, naprawdę kiepskie ciało sobie wybrała, nie mogła lepszego?!
Koniec końców, musiała przystanąć na dłuższą chwilę, żeby złapać oddech. A potem zmusiła się do dalszej wędrówki – bo a nuż postanowią jednak pójść jej tropem, gdy tylko oprzytomnieją? Teraz udało się je ogłupić, następnym razem – niekoniecznie.
- Musimy stąd spierdalać i to szybko – sapnęła, gdy dotarła do Ulyssesa. Znów przystanęła, łapiąc oddech; obejrzała się przez przez ramię, chcąc się zapewne upewnić, że nie widzi za sobą oczu i wyszczerzonych kłów.
- Dzikie psy – rzuciła jeszcze w ramach wyjaśnienia i zmusiła się do postawienia kolejnego kroku. I kolejnego. Byle dalej stąd, prosto do wyjścia z lasu, po własnych śladach…
… a niechby te psy użarły Voldemorta w zad, najlepszy obiad dla nich. Świat zdecydowanie byłby lepszy bez niego, to raz a dwa – brak teleportacji doskwierał bardzo, bardzo boleśnie.
Tyle że prawdziwej Carrow nie było. A Clare dręczyło poczucie winy – niby zrobiła, co mogła, żeby ograniczyć straty w mugolach (oby się nikt nie połapał…), niemniej wciąż: cholerny kamień trafił na swoje miejsce i nie robiła nic, żeby to powstrzymać.
Z drugiej strony: czy byłaby w stanie wymiernie wpłynąć na działania Voldemorta? Zapewne nie, niemniej z której by strony nie patrzeć: nie powinna była iść dalej sama. Bo to, że dotychczasowa droga była łatwa, nie oznaczało, że za parę kroków nie natrafi jednak na coś gorszego.
No i w zasadzie: natrafiła.
Wpadła niczym śliwka w kompot; nie zauważyła tych psów dostatecznie wcześnie, żeby móc je obejść, ucieczka w grę nie wchodziła – na drzewo nie byłaby w stanie się wspiąć, a bieg przed siebie nie wchodził w grę z oczywistych wręcz przyczyn. Pozostało tylko… nie, nie położyć się grzecznie i umrzeć, stając się przekąską dla piesków. Machnęła różdżką, starając się ogłupić zwierzęta zaklęciem; ba, nie tyle ogłupić, co skłonić je do „zajęcia” się sobą nawzajem. Tak, niech na czym innym ostrzą swoje kły…
rzut na zauroczenie
Rzut PO 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Ulysses został z tyłu, więc kontynuuję posta.
79+10=89 -> pieski przerzucone
79+10=89 -> pieski przerzucone
Kłapnięcie zębami. Nie, Alanny to nie sięgało – jeden z psów nagle się obrócił i rzucił na innego, celując w szyję, a kolejny nawet się nie namyślał, tylko dołączył do kotłowaniny. Carrow nie czekała, obróciła się po prostu na pięcie i zaczęła biec w stronę, z której przyszła, żeby znaleźć się jak najdalej od nich, zanim zaklęcie przestanie działać. I zanim ciało odmówi jej posłuszeństwa.
Szlag, naprawdę kiepskie ciało sobie wybrała, nie mogła lepszego?!
Koniec końców, musiała przystanąć na dłuższą chwilę, żeby złapać oddech. A potem zmusiła się do dalszej wędrówki – bo a nuż postanowią jednak pójść jej tropem, gdy tylko oprzytomnieją? Teraz udało się je ogłupić, następnym razem – niekoniecznie.
- Musimy stąd spierdalać i to szybko – sapnęła, gdy dotarła do Ulyssesa. Znów przystanęła, łapiąc oddech; obejrzała się przez przez ramię, chcąc się zapewne upewnić, że nie widzi za sobą oczu i wyszczerzonych kłów.
- Dzikie psy – rzuciła jeszcze w ramach wyjaśnienia i zmusiła się do postawienia kolejnego kroku. I kolejnego. Byle dalej stąd, prosto do wyjścia z lasu, po własnych śladach…
… a niechby te psy użarły Voldemorta w zad, najlepszy obiad dla nich. Świat zdecydowanie byłby lepszy bez niego, to raz a dwa – brak teleportacji doskwierał bardzo, bardzo boleśnie.