Maya czuła jego spojrzenie na sobie, ale starała się tym nie krępować. Nie należała do osób wstydliwych. Była raczej cicha i nie pozorna. Czasami można było ją porównać do trucizny, ponieważ działa równie cicho i niespodziewanie, co oni. Problemy starała się rozwiązywać w ten sam sposób. Życie jej nie rozpieszczało, a zwłaszcza jeśli chodziło o mężczyzn, więc nauczyła się odporności na różnego rodzaju sytuacje stresowe. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że jeszcze dwa lata temu była zdecydowanie w słabszej kondycji psychicznej, ale sobie poradziła bez mówienia o tym nikomu (nie licząc cioci).
Jej usta wygięły się w delikatnym uśmiechu. Zawsze niepozorna, niewinna, słodziutka – lubiła się tak pokazywać, lubiła łudzić ludzkie oko swoim wyglądem, że nie była zdolna do skrzywdzenia nikogo, ale przed samą sobą była w stanie przyznać, że Desmond wyzwalał w niej sporo negatywnych emocji, może też była zawiedziona jego słabością, którą wobec niej wykazał. Czasami myślała o tym, aby zginął, ale tylko dlatego, że bała się znowu czuć ten strach, który w niej wywołał. Jasnowidzenia chciała się nauczyć, aby móc przewidzieć, czy zrobi jej krzywdę, czy znowu pojawi się w jej życiu, gdy opuści mury zamku.
– Dobrze, ale accio jestem w stanie się nauczyć, ale bez wrodzonego oka nie jestem w stanie przepowiedzieć obrazów przyszłości tak? Nie jestem w stanie się dowiedzieć, czy... czy kogoś poznam, gdy opuszczę szkołę, tak? – upewniła się gasząc w głowie nadzieję, aby się nie zawieść.