24.07.2023, 12:04 ✶
- Może więc pora do nich napisać – skwitowała tylko. On w końcu też ani nie wracał, ani nie podejmował działań ze sprzedażą. Jeżeli dojrzał do tego teraz… może wichura podczas Beltane i uszkodzenia budynku sprawią, że i reszta rodziny podejmie jakąś decyzję? Nie patrzyła jednak na niego z politowaniem. Dlaczego by miała to oceniać?
- Chyba było – stwierdziła z namysłem. Ona i Erik byli w szermierce całkiem nieźli. On silniejszy, ona bardziej żywiołowa. Odsunęli wtedy też meble, a Brenna skakała po całym pomieszczeniu, nawet po… kominku. Cud, że w ogóle salon przetrwał tamtą bitwę. (Kolejne nie nastąpiły: byli już rozsądniejsi i przenosili się do sadu, a zimą do piwnicy.)
Zaraz jednak jej myśli uciekły ku mniej miłym tematom. Beltane. Uciekający tłum. Mugol napotkany w lesie.
Poszedł do baru i został porwany…
– Tylko po co? Tam i tak panowała panika. A po chwili polana opustoszała. Ludzie uciekli w las albo zginęli. Zmieniło to tylko tyle, że zginęło parę osób więcej… a kto wie, czy jakiś spanikowany mugol nie stratował im dziecka o czystej krwi? – westchnęła. Wyjaśnienie „ich przywódcą jest szaleniec” zdawało się jej ostatecznie bardziej prawdopodobne. Do tej pory brała Voldemorta za niezrównoważonego, ale nie szalonego, i tkającego swoje plany bardzo rozsądnie – niestety – ale może się myliła? Jeżeli tak było, to… bardzo źle świadczyło o nich. O Ministerstwie.
– Fakt, faktycznie, na czymś takim nigdy mnie nie przyłapano – przytaknęła. To nie tak, że chłopcy w wieku nastoletnim jej nie interesowali. Bardzo interesowali. Byli doskonałymi towarzyszami wycieczek do Zakazanego Lasu, wchodzenia po drzewach i pojedynków. Ale nie chodziła na randki. – Za to przyłapywano mnie na innych rzeczach… a raczej zrobiono to raz czy dwa.
Zwykle nie dawała się po prostu złapać. Inaczej nie dostałaby swego czasu odznaki prefekta.
– Czarnoksiężnikiem? Musisz być bardzo potężny, skoro omamiłeś nawet Dumbledora i nakłoniłeś, żeby cię zatrudnił – zakpiła lekko. Chociaż pewnie patrzyła na to zupełnie inaczej, bo po pierwsze, znała go od lat, po drugie, w pracy miała do czynienia z różnymi ludźmi. Ani postura, ani wygląd, ani zachowanie Trelawneya nie wydawały się jej straszne. Może jednak faktycznie było inaczej, kiedy chodziło o dwójkę czternastolatków, i tak spanikowanych, bo łamali szkolny regulamin, a pojawił się nauczyciel… – Wejdę z tobą, ale za Whiskey podziękuję.
Pomyślała, że Tancred nie powinien być w tym momencie sam. A przynajmniej nie, skoro pytał, czy będzie mu towarzyszyć. Nie wspominając już o tym, że znała się na transmutacji całkiem nieźle – mogła mu pomóc choćby w doraźnych naprawach, żeby przypadkiem jakaś belka nie zleciała im na głowy. Co innego alkohol. Tego nie tykała od dwóch lat – praktycznie wcale. Przy okazji bankietów czy wesel upijała łyka szampana przy pierwszym toaście, i nic więcej.
- Chyba było – stwierdziła z namysłem. Ona i Erik byli w szermierce całkiem nieźli. On silniejszy, ona bardziej żywiołowa. Odsunęli wtedy też meble, a Brenna skakała po całym pomieszczeniu, nawet po… kominku. Cud, że w ogóle salon przetrwał tamtą bitwę. (Kolejne nie nastąpiły: byli już rozsądniejsi i przenosili się do sadu, a zimą do piwnicy.)
Zaraz jednak jej myśli uciekły ku mniej miłym tematom. Beltane. Uciekający tłum. Mugol napotkany w lesie.
Poszedł do baru i został porwany…
– Tylko po co? Tam i tak panowała panika. A po chwili polana opustoszała. Ludzie uciekli w las albo zginęli. Zmieniło to tylko tyle, że zginęło parę osób więcej… a kto wie, czy jakiś spanikowany mugol nie stratował im dziecka o czystej krwi? – westchnęła. Wyjaśnienie „ich przywódcą jest szaleniec” zdawało się jej ostatecznie bardziej prawdopodobne. Do tej pory brała Voldemorta za niezrównoważonego, ale nie szalonego, i tkającego swoje plany bardzo rozsądnie – niestety – ale może się myliła? Jeżeli tak było, to… bardzo źle świadczyło o nich. O Ministerstwie.
– Fakt, faktycznie, na czymś takim nigdy mnie nie przyłapano – przytaknęła. To nie tak, że chłopcy w wieku nastoletnim jej nie interesowali. Bardzo interesowali. Byli doskonałymi towarzyszami wycieczek do Zakazanego Lasu, wchodzenia po drzewach i pojedynków. Ale nie chodziła na randki. – Za to przyłapywano mnie na innych rzeczach… a raczej zrobiono to raz czy dwa.
Zwykle nie dawała się po prostu złapać. Inaczej nie dostałaby swego czasu odznaki prefekta.
– Czarnoksiężnikiem? Musisz być bardzo potężny, skoro omamiłeś nawet Dumbledora i nakłoniłeś, żeby cię zatrudnił – zakpiła lekko. Chociaż pewnie patrzyła na to zupełnie inaczej, bo po pierwsze, znała go od lat, po drugie, w pracy miała do czynienia z różnymi ludźmi. Ani postura, ani wygląd, ani zachowanie Trelawneya nie wydawały się jej straszne. Może jednak faktycznie było inaczej, kiedy chodziło o dwójkę czternastolatków, i tak spanikowanych, bo łamali szkolny regulamin, a pojawił się nauczyciel… – Wejdę z tobą, ale za Whiskey podziękuję.
Pomyślała, że Tancred nie powinien być w tym momencie sam. A przynajmniej nie, skoro pytał, czy będzie mu towarzyszyć. Nie wspominając już o tym, że znała się na transmutacji całkiem nieźle – mogła mu pomóc choćby w doraźnych naprawach, żeby przypadkiem jakaś belka nie zleciała im na głowy. Co innego alkohol. Tego nie tykała od dwóch lat – praktycznie wcale. Przy okazji bankietów czy wesel upijała łyka szampana przy pierwszym toaście, i nic więcej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.