Longbottom ledwo zarejestrował fakt, że kobieta, której oświadczenie pieczołowicie spisywał na rolce pergaminu, w ogóle zjawiła się w biurach Brygady Uderzeniowej z małym dzieckiem. Po Beltane w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów zrobiło się nieco nerwowo, co przełożyło się na to, że było więcej pracy. Przynajmniej w przypadku Erika, którego tego dnia przyjmował jednego petenta za drugim, żonglując piórami i dokumentami, jakby zamierzał dołączyć do trupy cyrkowej.
To pewnie kara za ten wywiad, pomyślał z przekąsem, chociaż na dobrą sprawę trudno byłoby określić, na kim chciał skupić swoje niezadowolenie. Wszystko dalej wisiało w powietrzu. Nie potrafił stwierdzić, czy wygłoszone przez niego słowa odbiły się od społeczności czarodziejów, czy też przyjęli je i zaczęli formować własne wnioski. Za wcześnie, co by stawiać jakiekolwiek wyroki.
— Dobrze, to już wszystko z naszej strony — stwierdził, gdy dopytał o ostatnie szczegóły odnośnie do toczącego się akurat śledztwa. — Gdyby coś jeszcze Pani się przypomniało, to prosimy o niezwłoczny kontakt. — Podsunął bliżej krawędzi stołu miseczkę wypełnioną mini-Muffinami z klubokawiarni „Nora Nory”. — Na drogę?
Oferta Erika spotkała się z entuzjazmem kobiety, która wzięła aż dwa smakołyki, po czym odeszła od biurka, a po chwili zniknęła za drzwiami. Korzystając z tego, że akurat nikt nie czekał do niego w kolejce, mężczyzna przyzwał do biurka dzbanek z herbatą, którą przelał do swojej służbowej filiżanki. Akurat czytał wypisany raport w poszukiwaniu ewentualnych błędów, jednak w tej chwili zawisła obok niego znajoma sylwetka.
— Hmm? — W jednej ręce trzymał pióro, a w drugiej filiżankę herbaty. — Jeśli szukasz Pani Poole, to wyszła parę minut temu. Nie powiedziała zbyt wiele nowego. Co najwyżej potwierdziła doniesienia innych świadków w okolicy. A co? Coś się stało? — Podniósł wzrok na kuzynkę, a na widok dziecka w jej ramionach, filiżanka zamarła w połowie drogi do jego ust. — Nie mów, że stało się to, co myślę, że się stało. Proszę.
Wskazał ruchem głowy drzwi prowadzące do labiryntu korytarzy Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zmrużył oczy, wpatrując się w potomka Poole'ów. Rozejrzał się dla pewności po głównej sali. Przecież nie mogła tak po prostu zapomnieć o własnym dziecku, prawda? Owszem, może wizyta w Ministerstwie Magii mogła należeć do niego stresujących, ale chyba nie na tyle, aby zapomnieć o żywym człowieku. I to takim małym.
— Agugu. Zgadzam się z tobą — zawtórował z kwaśną miną, gdy dziecko ponownie zaświergotało. Przeniósł wzrok na Mavelle. — Można posłać samolocik do recepcji albo strażników. Powinni zdążyć ją zawrócić, o ile sama nie wróci. A powinna wrócić. Prawda?
Chociaż nie dopuszczał do siebie tej myśli, tak mając w pamięci ostatnie wydarzenia w rodzinie Longbottomów, jego myśli mimochodem powędrowały ku potencjalnej adopcji. Z psami i nowymi lokatorami szło im dosyć dobrze, ale dziecko to byłoby nieco za dużo. Nawet jak na nich. Skrzywił się na myśl o małym – obcym – dziecku w rezydencji.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞