Od razu wiedział, że Sauriel jest tą osobą - wybrańcem, który doceni próbę pokonania ogórkowych baronów w tym przeklętym świecie. Nie spodziewał się jednak, że uzyska taką aprobatę na swoje czyny. I o ile uważał, że na tytuł generała nie zasługiwał, ponieważ brakowało mu trochę doświadczenia, tak na kapitana jak najbardziej - co Rookwood mógłby skwitować słowami "kurwa, teraz już wiem dlaczego jest Pan kapitanem" i wcale by się o to nie obraził. To była nierówna walka. Ich była dwójka, a rolników-zdzierżców setki, jeżeli nie tysiące. Stanley chciał spróbować najpierw uczciwej walki zanim przywdzieją Śmierciożercze szaty w których z uśmiechem na ustach poszliby karać cruciatusami wszystkich tych, którzy oszukują uczciwych wytwórców przetworów.
- No to widzisz. Nasze matki miałyby coś wspólnego. Moja też byłaby ze mnie dumna gdyby dowiedziała się, że po 20 latach wziąłem sobie jej słowa do serca. No ale cóż... Szkoda, że dopiero półtora roku po jej śmierci - zauważył z obojętnością w głosie. Bo o ile w październiku 1970 roku, śmierć Anne robiła na nim przeogromne wrażenie, tak z upływem czasu i zejściem na złą stronę, kwestia utraty rodzicielki nie robiła na nim żadnej impresji - Jak to na chuj mi tyle łopatek? - zapytał go ze zdziwieniem, chcąc od razu wskazać mu na kwietniowe wydanie miesięcznika "Działkowiec" z którego wyczytał takie nowiny - Nie? No cóż. Będzie na zapas. Mogłem źle zinterpretować słowa... "Zanim zabierzesz się za sadzenie przygotuj doniczkę i łopatkę"... - wyjaśnił odczytując cytat ze strony czternastej tej przepięknej lektury. Gdyby wiedział wcześniej, że nie potrzebują tyle sprzętu to nie spędziłby całego poranka w piwnicy, przeszukując każdy jej zakamarek w poszukiwaniu tych przeklętych narzędzi. Teraz przynajmniej mieli 16 doniczek i 16 łopatek... Przynajmniej było do pary i gdyby jakimś cudem zgubili jedną czy dwie, nie byłoby problemu, ponieważ zostałoby im jeszcze czternaście innych.
Borgin tylko oczekiwał na zachętę, chociaż i bez niej by podszedł. Przekazał do rąk własnych Sauriela księgę, której brzydził się dobre 10 lat temu - Ty chociaż byłeś na tych zajęciach. Ja byłem zajęty rozmawianiem z dziewczynami - zauważył i przy okazji przypomniał przyjacielowi, który ewidentnie o tym zapomniał - A nawet jeżeli Ciebie nie było na tych zajęciach to zawsze miałeś pociąg do jakichś dziwnych lektur jak ta właśnie - wskazał dłonią na trzymaną przez niego lekturę. Nie było tutaj miejsca na żadne żarty. To była sprawa życia i śmierci. To było ich być albo nie być. W końcu walczyli o lepsze jutro i w tym momencie nie rozchodziło się już nawet o walkę z mugolakami... a o wojnę o wolne ogórki.
- Cuki... Co? Obrażasz mnie kurwa? - zapytał, chcąc się upewnić, że tak nie było. Co to w ogóle miało znaczyć? To jakiś język z zakamarków Nokturnu czy jakiś skrótowiec od debila? Tego niestety Stanley nie wiedział - Ty... Ale po co oni dwa razy dają ogórki do tej książki? Cofnij te kilka stron do tego cuki... coś tam... - zachęcił go, cofając kilkanaście stron aby mogli ponownie spojrzeć na "to coś" - Co to za jakiś nieśmieszny żart? Dlaczego autor robi sobie z nas żarty w tej książce? To musi być jakieś trefne wydanie. Nie ma możliwości aby opisał dwa razy tą samą roślinę... - podparł się pod boku, wypuszczając ciężko powietrzę ze złości na zaistniałą sytuację. Ktoś albo coś chciało przeszkodzić im w drodze do sławy i luksusu. Komuś musiało bardzo zależeć aby ich duet nie osiągnął tej długo wyczekiwanej ogórkowej nirvany - Zaraz napiszę list do ekspertki w tej dziedzinie. Dowiemy się co autor miał na myśli... - oznajmił krukonowi, a następnie sprawnym krokiem udał się do kuchni po pióro z kałamarzem oraz coś do pisania.
Kiedy wrócił, nie czekając ani chwili dłużej przysiadł aby napisać krótki i treściwy list z trapiącym ich problemem do Danielle. Odsunął kilka doniczek na bok i wziął się do roboty. To była sprawa niecierpiąca zwłoki.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972