24.07.2023, 22:25 ✶
Spojrzałem na nią, kiedy padły słowa o próbie kontaktu. Faktycznie, nie był to głupi pomysł. Napisać list, ustalić konkretny termin i miejsce spotkania, by ustalić ostateczny los domostwa. Kto by nie przyszedł, tego strata. Brzmiało to mądrze, chociaż znając życie, w praktyce nie wyszłoby to już tak kolorowo. Koniec końców, nie byłem najstarszy. - Warte wzięcia pod uwagę. - skomentowałem, również w duchu myśląc, że wydarzenia z Beltane poruszą serca mojego rodzeństwa.
- Żałuje, że tego nie widziałem. - odparłem szczerze, faktycznie próbując sobie wyobrazić Brennę podczas morderczego pojedynku na miecze, którego ofiarą został wazon. - Raczej nie szykujesz powtórki, co? - dało się tutaj wyczuć inną nutę, świadczącą o tym, że spróbowałem zażartować.
Wzruszyłem ramionami, samemu nie wiedząc, po co to wszystko. To był jeden z największym problemów w zwalczaniu szaleńców - nigdy nie było wiadomo co im do łba strzeli, mądrego czy mądrzejszego, przynajmniej w ich mniemaniu. - Bo ja wiem...może też po prostu chcieli pokazać, że mogą i są zdolni do porwania każdego, kogo chcą? - dorzuciłem jeszcze swoje przemyślenia. Sam po części zaliczałem się do czubków, więc może powinienem zacząć spoglądać na sytuacje przez pryzmat tego, co ja osobiście bym zrobił? - No proszę, pani Brygadzistka była niegrzeczna. - wydałem z siebie dźwięk przypominający śmiech. Gdyby tak spojrzeć na ludzi przez pryzmat tego, jakimi byli uczniami, to zapewne połowa pracowników Ministerstwa wyleciałaby na próg. Już nie wspominając o tym, że sam Voldemort za swoich czasów był bardzo ułożony, ba, pełnił funkcję i prefekta i prefekta naczelnego. Wzór do naśladowania z zewnątrz, diabeł w środku. - No...tak coś ostatnio patrzy na mnie tym swoim specyficznym wzrokiem. Chyba się czegoś domyśla. - wspomniany wyżej fakt był już jednym z niepodważalnych argumentów, że nie mogę być czarnoksiężnikiem. Obok takiego nosa, jaki posiadał Dumbledore, to zapewne nie przeszedłbym nawet w postaci eterycznej.
Kiwnąłem głową, na znak zrozumienia i podszedłem do drzwi. Zacisnąłem klamkę i ku swojemu zdziwieniu odkryłem, że drzwi są zabezpieczone zamkiem. Było to równocześnie pocieszające i smutne. - Albo każdy właził oknem, albo nikt tu nie zaglądał. - skomentowałem, sięgając po pęk kluczy przy pasie. Poświęciłem parę chwil na mamraniu i próbie odnalezienia odpowiedniego klucza. Gdy już dokonałem tego ważnego odkrycia, odbezpieczyłem zamek, po czym pchnąłem drzwi do wewnątrz domu, przy akompaniamencie skrzypienia. Wnętrze domostwa wyglądało...stosunkowo schludnie. Pomijając warstwę kurzu grubą na parę centymetrów i szkło walające się po podłodze, to hol był w naprawdę dobrym stanie. Wiedziony nadzieją zajrzałem do salonu i tam mi już mina zrzedła. Wichura wywróciła pomieszczenie do góry nogami, prawie wszystkie meble były połamane, a zabytkowy fortepian leżał bez jednej nogi i klawiszy, wyglądając jak bezzębny staruszek. - No tak, czego innego mogłem się spodziewać. - westchnąłem, mówiąc bardziej do siebie niż mojej towarzyszki.
- Żałuje, że tego nie widziałem. - odparłem szczerze, faktycznie próbując sobie wyobrazić Brennę podczas morderczego pojedynku na miecze, którego ofiarą został wazon. - Raczej nie szykujesz powtórki, co? - dało się tutaj wyczuć inną nutę, świadczącą o tym, że spróbowałem zażartować.
Wzruszyłem ramionami, samemu nie wiedząc, po co to wszystko. To był jeden z największym problemów w zwalczaniu szaleńców - nigdy nie było wiadomo co im do łba strzeli, mądrego czy mądrzejszego, przynajmniej w ich mniemaniu. - Bo ja wiem...może też po prostu chcieli pokazać, że mogą i są zdolni do porwania każdego, kogo chcą? - dorzuciłem jeszcze swoje przemyślenia. Sam po części zaliczałem się do czubków, więc może powinienem zacząć spoglądać na sytuacje przez pryzmat tego, co ja osobiście bym zrobił? - No proszę, pani Brygadzistka była niegrzeczna. - wydałem z siebie dźwięk przypominający śmiech. Gdyby tak spojrzeć na ludzi przez pryzmat tego, jakimi byli uczniami, to zapewne połowa pracowników Ministerstwa wyleciałaby na próg. Już nie wspominając o tym, że sam Voldemort za swoich czasów był bardzo ułożony, ba, pełnił funkcję i prefekta i prefekta naczelnego. Wzór do naśladowania z zewnątrz, diabeł w środku. - No...tak coś ostatnio patrzy na mnie tym swoim specyficznym wzrokiem. Chyba się czegoś domyśla. - wspomniany wyżej fakt był już jednym z niepodważalnych argumentów, że nie mogę być czarnoksiężnikiem. Obok takiego nosa, jaki posiadał Dumbledore, to zapewne nie przeszedłbym nawet w postaci eterycznej.
Kiwnąłem głową, na znak zrozumienia i podszedłem do drzwi. Zacisnąłem klamkę i ku swojemu zdziwieniu odkryłem, że drzwi są zabezpieczone zamkiem. Było to równocześnie pocieszające i smutne. - Albo każdy właził oknem, albo nikt tu nie zaglądał. - skomentowałem, sięgając po pęk kluczy przy pasie. Poświęciłem parę chwil na mamraniu i próbie odnalezienia odpowiedniego klucza. Gdy już dokonałem tego ważnego odkrycia, odbezpieczyłem zamek, po czym pchnąłem drzwi do wewnątrz domu, przy akompaniamencie skrzypienia. Wnętrze domostwa wyglądało...stosunkowo schludnie. Pomijając warstwę kurzu grubą na parę centymetrów i szkło walające się po podłodze, to hol był w naprawdę dobrym stanie. Wiedziony nadzieją zajrzałem do salonu i tam mi już mina zrzedła. Wichura wywróciła pomieszczenie do góry nogami, prawie wszystkie meble były połamane, a zabytkowy fortepian leżał bez jednej nogi i klawiszy, wyglądając jak bezzębny staruszek. - No tak, czego innego mogłem się spodziewać. - westchnąłem, mówiąc bardziej do siebie niż mojej towarzyszki.