24.07.2023, 23:19 ✶
Z uprzejmym zainteresowaniem słuchała, co kuzyn miał do powiedzenia w kwestii tej cholernej pani Poole. O ile z początku miała nadzieję, że faktycznie została przekazana w inne ręce i – co za tym idzie – zniknęła z pola widzenia, tak teraz… teraz z każdą chwilą nadzieja najzwyczajniej w świecie umierała.
Nawet nie po cichu, tylko w akompaniamencie dziecięcych świergotów i syknięć bólu – gdy nie zauważyła na czas, że to małe coś wyciągnęło rękę po luźny kosmyk włosów i… aua – cóż, nie każdemu dana była spokojna śmierć.
- … nie wolno – upomniała dzieciaka, usiłując odzyskać swoje włosy z jego piąstki – co łatwe nie było, biorąc pod uwagę, że do dyspozycji miała tylko jedną, jedyną rękę. Och, na Matkę, czasem naprawdę przydałoby się ich więcej, a najlepiej, jakby była w stanie się rozdwoić bądź nawet roztroić! Wtedy miałaby możliwość znalezienia się w kilku miejscach jednocześnie, co z pewnością przyspieszyłoby przeprowadzanie najróżniejszych śledztw.
- A jednak – skwitowała ponuro, rozwiewając nadzieje Erika. Jednak. Stało się to, co myślał. Poole wyszła, dziecko zostało w rękach biednej Mavelle, która w tej chwili nie bardzo wiedziała, co z nim zrobić. No, ewentualnie mogłaby wstąpić do jednego czy drugiego i zacząć mu wciskać kit, że przy okazji wizyty w Departamencie Tajemnic wpadła w jakieś czasowe dziury i tak jakby… konsekwencje przywitały świat o wiele za wcześnie niż należałoby się ich spodziewać.
Ale nawet nie miała na to nastroju.
Mimo wszystko, to nie było dziecko kogoś znajomego, którym zaoferowała się zaopiekować – nie, to był potomek obcej skądinąd kobiety, która o nim… zapomniała? I zdecydowanie należał przedsięwziąć wszelkie kroki, żeby ją odnaleźć i wcisnąć z powrotem w jej ręce. Tu się, generalnie rzecz ujmując, pracowało, a nie niańczyło dzieci. Tak. Wolała się móc zająć jak należy swoimi papierkami i łączeniem kropek, a nie nieustannym trzymaniem, kołysaniem i zagadywaniem małego Poole’a.
- Parę minu… ślij, może jakimś cudem jeszcze nie zdążyła wyjść – stwierdziła zdecydowanym tonem. Chyba tylko fakt, iż dzierżył filiżankę, uratował Erika przed bezceremonialnym wepchnięciem „zguby” w ramiona mężczyzny, żeby samej się oswobodzić i jeszcze bardziej bezceremonialnie sięgnąć po pióro i papier – tu naprawdę liczył się czas.
I z tego powodu sięgnęła z pewnym trudem po swoją różdżkę (no hej, mogła trozkę przyspieszyć ten proces, nie…?) i...
!longbottom4
Nawet nie po cichu, tylko w akompaniamencie dziecięcych świergotów i syknięć bólu – gdy nie zauważyła na czas, że to małe coś wyciągnęło rękę po luźny kosmyk włosów i… aua – cóż, nie każdemu dana była spokojna śmierć.
- … nie wolno – upomniała dzieciaka, usiłując odzyskać swoje włosy z jego piąstki – co łatwe nie było, biorąc pod uwagę, że do dyspozycji miała tylko jedną, jedyną rękę. Och, na Matkę, czasem naprawdę przydałoby się ich więcej, a najlepiej, jakby była w stanie się rozdwoić bądź nawet roztroić! Wtedy miałaby możliwość znalezienia się w kilku miejscach jednocześnie, co z pewnością przyspieszyłoby przeprowadzanie najróżniejszych śledztw.
- A jednak – skwitowała ponuro, rozwiewając nadzieje Erika. Jednak. Stało się to, co myślał. Poole wyszła, dziecko zostało w rękach biednej Mavelle, która w tej chwili nie bardzo wiedziała, co z nim zrobić. No, ewentualnie mogłaby wstąpić do jednego czy drugiego i zacząć mu wciskać kit, że przy okazji wizyty w Departamencie Tajemnic wpadła w jakieś czasowe dziury i tak jakby… konsekwencje przywitały świat o wiele za wcześnie niż należałoby się ich spodziewać.
Ale nawet nie miała na to nastroju.
Mimo wszystko, to nie było dziecko kogoś znajomego, którym zaoferowała się zaopiekować – nie, to był potomek obcej skądinąd kobiety, która o nim… zapomniała? I zdecydowanie należał przedsięwziąć wszelkie kroki, żeby ją odnaleźć i wcisnąć z powrotem w jej ręce. Tu się, generalnie rzecz ujmując, pracowało, a nie niańczyło dzieci. Tak. Wolała się móc zająć jak należy swoimi papierkami i łączeniem kropek, a nie nieustannym trzymaniem, kołysaniem i zagadywaniem małego Poole’a.
- Parę minu… ślij, może jakimś cudem jeszcze nie zdążyła wyjść – stwierdziła zdecydowanym tonem. Chyba tylko fakt, iż dzierżył filiżankę, uratował Erika przed bezceremonialnym wepchnięciem „zguby” w ramiona mężczyzny, żeby samej się oswobodzić i jeszcze bardziej bezceremonialnie sięgnąć po pióro i papier – tu naprawdę liczył się czas.
I z tego powodu sięgnęła z pewnym trudem po swoją różdżkę (no hej, mogła trozkę przyspieszyć ten proces, nie…?) i...
!longbottom4