25.07.2023, 01:36 ✶
Patrick przymknął oczy. Nie miał zielonego pojęcia, jak naprawdę powinien zinterpretować zachowanie Szeptuchy. W żadnym wypadku jednak nie czuł się przez nie wyróżniony. Odwrotnie, im dłużej myślał o osobliwej, starszej kobiecie, tym bardziej go spotkanie z nią uwierało. Czy rzeczywiście mogła wiedzieć, jak potoczy się los nie tylko Stewarda ale właściwie całego czarodziejskiego świata? A jeśli wiedziała, to czy nie oznaczało to, że tak naprawdę nie mieli żadnego wyboru a ich losy od początku były ustalone? Jaki to byłby straszny, marionetkowy świat, gdyby rzeczywiście tak było.
- Dziękuję – odpowiedział łagodniejszym tonem. W jakiś zaskakujący sposób, Florence potrafiła wszystko ułożyć w głowie Patricka. I robiła to tak, że nagle (tego wieczoru, z pewnością przez to straszliwe zmęczenie, była jeszcze bardziej skuteczna) dotarło do niego, że być może wcale się nie spóźnił. Nikt z ich czwórki się nie spóźnił. Lord Voldemort musiał sięgnąć po moc ognisk a oni, jedyne co mogli zrobić, to zniszczyć kamień. – Jeśli naprawdę miała jakieś… - próbował ubrać w słowa to, co chodziło mu po głowie, ale nie do końca rozumiał dar jasnowidzenia, którym szalona kobieta musiała władać. Sam był aurowidzem, ale jego zdolności obejmowały tylko to, co teraźniejsze a tu szeptucha podarowała mu wskazówkę, którą miał wykorzystać kilka miesięcy później. – Właściwie to na Beltane nazwała nas przyjaciółmi ludzi – przypomniał a jego usta zadrgały, jakby to wyrażenie nawet w obecnym stanie mocno go bawiło. – Mamy też dzielić podobny los.
Ale jakoś te słowa nie wydały mu się wcale śmieszne. Odwrotnie czaiła się w nich jakaś powaga, od której aż ścisnął mu się żołądek. Zapatrzył się w okno i zmieniające się za nim szybko obrazy. Niemal nie zareagował, gdy Florence zabrała rękę, zbyt skupiony na własnych myślach.
- Szkoda, że się tak kompletnie na tym nie znam – rzucił wreszcie, myśląc o wycieczce do limbo. – Ja nawet nie wiedziałem, że przenieśliśmy się tam tylko umysłami - przyznał się cicho. – Dla mnie to wszystko było bardzo realne. Ale skoro Atreusem zajmuje się arcykapłanka to z pewnością wiedzą, co należy zrobić – spróbował pocieszyć Florence. – Gdyby nie wiedzieli, po prostu zostawiliby go razem z nami, z przekonaniem, że się sam ocknie we właściwym czasie.
- Dziękuję – odpowiedział łagodniejszym tonem. W jakiś zaskakujący sposób, Florence potrafiła wszystko ułożyć w głowie Patricka. I robiła to tak, że nagle (tego wieczoru, z pewnością przez to straszliwe zmęczenie, była jeszcze bardziej skuteczna) dotarło do niego, że być może wcale się nie spóźnił. Nikt z ich czwórki się nie spóźnił. Lord Voldemort musiał sięgnąć po moc ognisk a oni, jedyne co mogli zrobić, to zniszczyć kamień. – Jeśli naprawdę miała jakieś… - próbował ubrać w słowa to, co chodziło mu po głowie, ale nie do końca rozumiał dar jasnowidzenia, którym szalona kobieta musiała władać. Sam był aurowidzem, ale jego zdolności obejmowały tylko to, co teraźniejsze a tu szeptucha podarowała mu wskazówkę, którą miał wykorzystać kilka miesięcy później. – Właściwie to na Beltane nazwała nas przyjaciółmi ludzi – przypomniał a jego usta zadrgały, jakby to wyrażenie nawet w obecnym stanie mocno go bawiło. – Mamy też dzielić podobny los.
Ale jakoś te słowa nie wydały mu się wcale śmieszne. Odwrotnie czaiła się w nich jakaś powaga, od której aż ścisnął mu się żołądek. Zapatrzył się w okno i zmieniające się za nim szybko obrazy. Niemal nie zareagował, gdy Florence zabrała rękę, zbyt skupiony na własnych myślach.
- Szkoda, że się tak kompletnie na tym nie znam – rzucił wreszcie, myśląc o wycieczce do limbo. – Ja nawet nie wiedziałem, że przenieśliśmy się tam tylko umysłami - przyznał się cicho. – Dla mnie to wszystko było bardzo realne. Ale skoro Atreusem zajmuje się arcykapłanka to z pewnością wiedzą, co należy zrobić – spróbował pocieszyć Florence. – Gdyby nie wiedzieli, po prostu zostawiliby go razem z nami, z przekonaniem, że się sam ocknie we właściwym czasie.