25.07.2023, 14:23 ✶
- Kto wie? – powiedziała, kąciki ust znowu lekko drgnęły. Lubiła szermierkę. Była to w dzisiejszych czasach umiejętność niemal bezużyteczna, skoro czary miały większą moc i zasięg, ale stanowiła część dziedzictwa jej rodziny. – Ale na pewno nie w salonie. Matka by mnie wydziedziczyła, gdybym rozbiła kolejny wazon. Poza tym mamy teraz pięć psów. Trochę sobie nie wyobrażam takiej walki z nimi pod nogami.
„Pięć psów” brzmiało dość strasznie, ale posiadłość Longbottomów miała trzy kondygnacje i mieszkało w niej kilkanaście osób – nie tylko członkowie głównej gałęzi rodu, ale także osoby dalej spokrewnione. (Albo niespokrewnione wcale, a tylko oficjalnie będące dalekimi krewnymi, od strony osób, które wieki temu opuściły kraj.)
- O tak, naprawdę pokazali potęgę, porywając paru przypadkowych mugoli – parsknęła. Jeśli to miałby być pokaz ich umiejętności, mogliby się cieszyć, że nie stać ich na nic lepszego. Ale Brenna w to wątpiła. Gdyby faktycznie byli potężni i chcieli się tym pochwalić, powinni celować w Minister Magii, w Dumbledore’a albo Moody.
Z tą pierwszą może by się im nawet udało. Z Albusem? Brenna była pewna, że to niemożliwe.
- Więcej razy niż chciałabym przyznać – powiedziała bez oporów. Nie robiła celowo kłopotów, ale była ciekawska i nazbyt energiczna, a to bywała wybuchowa mieszanka i wtedy, kiedy miała czternaście lat, i nawet teraz, kiedy miała skończyć dwadzieścia siedem lat. Mieszkańcy Doliny przecież regularnie widywali ją na drzewach, próbującą sprawdzić, czy grób Paverellów nie kryje jakichś sekretów albo pakującą się do Kniei. – Och… Mówisz o TYM spojrzeniu. Zawsze miałam wrażenie, że czyta mi wtedy w myślach i wie o wszystkich moich zbrodniach, włącznie ze słoikiem dżemu czereśniowego, wyniesionego nielegalnie z kuchni, gdy miałam osiem lat.
Brenna była beztrosko nieświadoma, że gdzieś tam, przed nimi, leżała możliwa przyszłość, w której za dwadzieścia lat w Hogwarcie OPCM będzie uczył śmierciożerca, z którego głowy sterczał Lord Voldemort. A zaraz za nim – oszust i przestępca, wreszcie zaś śmierciożerca podszywający się pod kogoś innego.
Może była naiwna. A może tylko bardzo potrzebowała wierzyć w nieomylność Dumbledore’a. W to, że ten człowiek, który kiedyś pokonał Grindewalda na polu bitwy, poradzi sobie z każdym czarnoksiężnikiem i kiedyś stanie naprzeciwko Voldemorta.
Weszła za Tancredem do środka, rozglądając się. Widok był… przykry. Pamiętała to miejsce w zupełnie innym stanie, a gdy wyobrażała sobie, że mogłaby wrócić do domu i zobaczyć coś takiego, serce ściskało się jej z żalu. Zerknęła na Trelawneya, ale nie była pewna, czy ten chciałby słów pocieszenia – ani czy zdołałaby takie znaleźć.
Zamiast cokolwiek mówić, wyciągnęła więc różdżkę.
– Mogę? – spytała. Nie mogła wprawdzie przywrócić domu do dawnej świetności, ale jeżeli nie protestował, machnęła różdżką i usunęła szkło z podłogi w holu. Kolejne sprawiło, że w salonie klawisze wróciły na swoje miejsce, podobnie jak noga fortepianu. – Obawiam się, że ten stół już nie jest do odratowania – oceniła, obrzucając krytycznym spojrzeniem jeden z połamanych mebli.
„Pięć psów” brzmiało dość strasznie, ale posiadłość Longbottomów miała trzy kondygnacje i mieszkało w niej kilkanaście osób – nie tylko członkowie głównej gałęzi rodu, ale także osoby dalej spokrewnione. (Albo niespokrewnione wcale, a tylko oficjalnie będące dalekimi krewnymi, od strony osób, które wieki temu opuściły kraj.)
- O tak, naprawdę pokazali potęgę, porywając paru przypadkowych mugoli – parsknęła. Jeśli to miałby być pokaz ich umiejętności, mogliby się cieszyć, że nie stać ich na nic lepszego. Ale Brenna w to wątpiła. Gdyby faktycznie byli potężni i chcieli się tym pochwalić, powinni celować w Minister Magii, w Dumbledore’a albo Moody.
Z tą pierwszą może by się im nawet udało. Z Albusem? Brenna była pewna, że to niemożliwe.
- Więcej razy niż chciałabym przyznać – powiedziała bez oporów. Nie robiła celowo kłopotów, ale była ciekawska i nazbyt energiczna, a to bywała wybuchowa mieszanka i wtedy, kiedy miała czternaście lat, i nawet teraz, kiedy miała skończyć dwadzieścia siedem lat. Mieszkańcy Doliny przecież regularnie widywali ją na drzewach, próbującą sprawdzić, czy grób Paverellów nie kryje jakichś sekretów albo pakującą się do Kniei. – Och… Mówisz o TYM spojrzeniu. Zawsze miałam wrażenie, że czyta mi wtedy w myślach i wie o wszystkich moich zbrodniach, włącznie ze słoikiem dżemu czereśniowego, wyniesionego nielegalnie z kuchni, gdy miałam osiem lat.
Brenna była beztrosko nieświadoma, że gdzieś tam, przed nimi, leżała możliwa przyszłość, w której za dwadzieścia lat w Hogwarcie OPCM będzie uczył śmierciożerca, z którego głowy sterczał Lord Voldemort. A zaraz za nim – oszust i przestępca, wreszcie zaś śmierciożerca podszywający się pod kogoś innego.
Może była naiwna. A może tylko bardzo potrzebowała wierzyć w nieomylność Dumbledore’a. W to, że ten człowiek, który kiedyś pokonał Grindewalda na polu bitwy, poradzi sobie z każdym czarnoksiężnikiem i kiedyś stanie naprzeciwko Voldemorta.
Weszła za Tancredem do środka, rozglądając się. Widok był… przykry. Pamiętała to miejsce w zupełnie innym stanie, a gdy wyobrażała sobie, że mogłaby wrócić do domu i zobaczyć coś takiego, serce ściskało się jej z żalu. Zerknęła na Trelawneya, ale nie była pewna, czy ten chciałby słów pocieszenia – ani czy zdołałaby takie znaleźć.
Zamiast cokolwiek mówić, wyciągnęła więc różdżkę.
– Mogę? – spytała. Nie mogła wprawdzie przywrócić domu do dawnej świetności, ale jeżeli nie protestował, machnęła różdżką i usunęła szkło z podłogi w holu. Kolejne sprawiło, że w salonie klawisze wróciły na swoje miejsce, podobnie jak noga fortepianu. – Obawiam się, że ten stół już nie jest do odratowania – oceniła, obrzucając krytycznym spojrzeniem jeden z połamanych mebli.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.