26.07.2023, 17:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2023, 21:10 przez Brenna Longbottom.)
Ostatnie dni w umyśle Brenny zlewały się ze sobą. Były pasmem pracy, przygotowywań do pogrzebu i zbyt niewielu godzin snu. Blada, niewyspana, z włosami chwilowo potraktowanymi zaklęciem transmutacyjnym, by nie straszyć żałobników, nim znajdzie moment na zajęcie się nimi porządnie, w oficjalnym mundurze Brygady, na pewno nie prezentowała się najlepiej.
Na całe szczęście, wątpiła, by ktoś zwrócił na to uwagę, bo większość członków rodziny też nie miało obecnie swoich najlepszych dni. A pogrzeb był zamknięty między innymi po to, aby nikomu nie przyszło do głowy robić zdjęć, które później pojawiłyby się w Proroku Codziennym. Od rana powtarzała sobie, że to po prostu coś, przez co musi przejść, że być może potem zacznie być lepiej. Że właściwie nie ma prawa użalać się nad sobą, bo Danielle, Lucy, dziadek, ojciec i wujek, oni wszyscy z pewnością czują się znacznie gorzej. Ba, nawet Mavelle: chociaż dopiero od niedawna mieszkała z wujem w rodzinnej posiadłości, to teraz działy się z nią… rzeczy… przez które na pewno znosiła całą sytuację gorzej niż Brenna.
Starała się więc po prostu wyrwać trochę czasu na pomoc w załatwianiu formalności, aby choć trochę odciążyć kuzynki, a w dniu pogrzebu na nogach była od świtu. Upewniała się, że stoły w sadzie są gotowe, że przygotowano namioty, w razie, gdyby zaczęło padać (choć na razie się na to nie zanosiło), że zamówiono odpowiednie kwiaty, że skrzatka nie potrzebuje pomocy z potrawami i że od Abbottów dostarczono wino. Trochę nieświadomie, postępowała dokładnie tak, jak całe życie jej matka – też zresztą teraz gotowa wiele szczegółów wziąć na siebie, pewnie świadoma, jak wiele roboty ma większość członków rodziny w pracy.
Brenna nie płakała przed ceremonią ani potem, stojąc przed wejściem do kaplicy, bo na miejsce dotarli sporo wcześniej, ani wreszcie, gdy weszła do środka, zająć swoje miejsce. Utrzymywała niemalże kamienny wyraz twarzy: jakby jej mięśnie zastygły, niezdolne do okazania jakiejkolwiek emocji. Zerkała tylko co rusz na Danielle, Lucy, ojca i Godryka, w każdej chwili gotowa podać któremuś chusteczkę czy ścisnąć dłoń. Ze wszystkich sił starała się nie myśleć. O tym, co jest albo raczej co nie jest dalej. O wujku, o Beltane, o własnych błędach, o śmierciożercach i o tym, kto go zamordował. To nie był ani dobry moment, by wybuchać płaczem – nie, kiedy osoby bardziej do tego uprawnione mogły wymagać wsparcia – ani by wybuchać gniewem.
Niestety, to niemyślenie nie wychodziło jej najlepiej.
Na całe szczęście, wątpiła, by ktoś zwrócił na to uwagę, bo większość członków rodziny też nie miało obecnie swoich najlepszych dni. A pogrzeb był zamknięty między innymi po to, aby nikomu nie przyszło do głowy robić zdjęć, które później pojawiłyby się w Proroku Codziennym. Od rana powtarzała sobie, że to po prostu coś, przez co musi przejść, że być może potem zacznie być lepiej. Że właściwie nie ma prawa użalać się nad sobą, bo Danielle, Lucy, dziadek, ojciec i wujek, oni wszyscy z pewnością czują się znacznie gorzej. Ba, nawet Mavelle: chociaż dopiero od niedawna mieszkała z wujem w rodzinnej posiadłości, to teraz działy się z nią… rzeczy… przez które na pewno znosiła całą sytuację gorzej niż Brenna.
Starała się więc po prostu wyrwać trochę czasu na pomoc w załatwianiu formalności, aby choć trochę odciążyć kuzynki, a w dniu pogrzebu na nogach była od świtu. Upewniała się, że stoły w sadzie są gotowe, że przygotowano namioty, w razie, gdyby zaczęło padać (choć na razie się na to nie zanosiło), że zamówiono odpowiednie kwiaty, że skrzatka nie potrzebuje pomocy z potrawami i że od Abbottów dostarczono wino. Trochę nieświadomie, postępowała dokładnie tak, jak całe życie jej matka – też zresztą teraz gotowa wiele szczegółów wziąć na siebie, pewnie świadoma, jak wiele roboty ma większość członków rodziny w pracy.
Brenna nie płakała przed ceremonią ani potem, stojąc przed wejściem do kaplicy, bo na miejsce dotarli sporo wcześniej, ani wreszcie, gdy weszła do środka, zająć swoje miejsce. Utrzymywała niemalże kamienny wyraz twarzy: jakby jej mięśnie zastygły, niezdolne do okazania jakiejkolwiek emocji. Zerkała tylko co rusz na Danielle, Lucy, ojca i Godryka, w każdej chwili gotowa podać któremuś chusteczkę czy ścisnąć dłoń. Ze wszystkich sił starała się nie myśleć. O tym, co jest albo raczej co nie jest dalej. O wujku, o Beltane, o własnych błędach, o śmierciożercach i o tym, kto go zamordował. To nie był ani dobry moment, by wybuchać płaczem – nie, kiedy osoby bardziej do tego uprawnione mogły wymagać wsparcia – ani by wybuchać gniewem.
Niestety, to niemyślenie nie wychodziło jej najlepiej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.