26.07.2023, 20:34 ✶
Chwilami Beltane zdawało się być jedynie bardzo, bardzo przykrym snem, koszmarem, z którego zaraz uda się ocknąć. Ale Mavelle otwierała oczy – i za każdym razem się przekonywała, że wszystko było prawdą, nie ułudą.
Wujek nie żył. Zmarło zresztą wielu ludzi, ale ta konkretna śmierć w przypadku Bones była czymś bardzo osobistym – i to nie tylko ze względu na rodzinne więzy. W zasadzie głównie to „nie tylko” sprowadziło ją do Patricka; bo chwilami nie była pewna, czy przypadkiem najzwyczajniej w świecie nie traci zmysłów.
Tak, w głowie Bones panował niemały bałagan, który próbowała uporządkować na różne sposoby; tyle że przypominało to syzyfową pracę. Jak już, zdawałoby się, uporała się z daną rzeczą, to zaraz okazywało się, ze może jednak nie tak do końca, bo przecież wcześniej nie uwzględniła takiej bądź siakiej możliwości i może jednak…
… momentami przypominało to gonienie własnego ogona.
- Hej – odparła krótko, posyłając Patrickowi uśmiech, aczkolwiek blady, pozbawiony wszelkiej wesołości. Rozbawienie? Śmiech? To coś, co z tej chwili zdawało się nie istnieć, albo raczej: nie miało prawa istnieć. Nie w całym tym bałaganie, nie w chwili, kiedy poniesiono tyle ofiar, nie, gdy nie do końca nie mogła dojść do ładu sama ze sobą.
Zwłaszcza że rozum mówił jedno, serce drugie. A to naprawdę nie pomagało.
Wśliznęła się do środka, nie zsuwając nawet z siebie kurtki – w zasadzie ulubionej, mugolskiej, kupionej niby specjalnie do jeżdżenia na motorze, a w praktyce… w praktyce nie potrzebowała dwóch kółek, żeby w niej chodzić.
- Nie szkodzi, naprawdę – odparła cicho, wchodząc zaraz w głąb mieszkania, zgodnie z niewypowiedzianą sugestią. Zdecydowanie wyglądało zgoła inaczej niż wtedy, kiedy była tu poprzednim razem – ale nie, nie myślała o tamtej wizycie. Ona i wszystko, co się z nią wiązało – to naprawdę było jedna z ostatnich rzeczy, nad jaką Mavelle aktualnie byłaby w stanie się zastanawiać.
- Poproszę kawę – zdecydowała, obracając się w stronę mężczyzny, obrzucając go o wiele uważniejszym spojrzeniem niż była w stanie przez ten krótki moment, gdy pojawił się w drzwiach. Wyglądał… cóż, jak Patrick, w wersji mocno nieaurorskiej i do tego upaćkanej – Upaćkałeś się – zauważyła dość łagodnie, wskazując swój policzek i włosy, nakierowując tym samym na miejsca, gdzie nabrał kolorów, jakich co do zasady nie należałoby się spodziewać.
Zwlekała z dotknięciem tematów, które ją tu przywiodły – ale też jakoś tak głupio prostu od progu zadawać pytania, jakby urządzała Stewardowi przesłuchanie.
Wujek nie żył. Zmarło zresztą wielu ludzi, ale ta konkretna śmierć w przypadku Bones była czymś bardzo osobistym – i to nie tylko ze względu na rodzinne więzy. W zasadzie głównie to „nie tylko” sprowadziło ją do Patricka; bo chwilami nie była pewna, czy przypadkiem najzwyczajniej w świecie nie traci zmysłów.
Tak, w głowie Bones panował niemały bałagan, który próbowała uporządkować na różne sposoby; tyle że przypominało to syzyfową pracę. Jak już, zdawałoby się, uporała się z daną rzeczą, to zaraz okazywało się, ze może jednak nie tak do końca, bo przecież wcześniej nie uwzględniła takiej bądź siakiej możliwości i może jednak…
… momentami przypominało to gonienie własnego ogona.
- Hej – odparła krótko, posyłając Patrickowi uśmiech, aczkolwiek blady, pozbawiony wszelkiej wesołości. Rozbawienie? Śmiech? To coś, co z tej chwili zdawało się nie istnieć, albo raczej: nie miało prawa istnieć. Nie w całym tym bałaganie, nie w chwili, kiedy poniesiono tyle ofiar, nie, gdy nie do końca nie mogła dojść do ładu sama ze sobą.
Zwłaszcza że rozum mówił jedno, serce drugie. A to naprawdę nie pomagało.
Wśliznęła się do środka, nie zsuwając nawet z siebie kurtki – w zasadzie ulubionej, mugolskiej, kupionej niby specjalnie do jeżdżenia na motorze, a w praktyce… w praktyce nie potrzebowała dwóch kółek, żeby w niej chodzić.
- Nie szkodzi, naprawdę – odparła cicho, wchodząc zaraz w głąb mieszkania, zgodnie z niewypowiedzianą sugestią. Zdecydowanie wyglądało zgoła inaczej niż wtedy, kiedy była tu poprzednim razem – ale nie, nie myślała o tamtej wizycie. Ona i wszystko, co się z nią wiązało – to naprawdę było jedna z ostatnich rzeczy, nad jaką Mavelle aktualnie byłaby w stanie się zastanawiać.
- Poproszę kawę – zdecydowała, obracając się w stronę mężczyzny, obrzucając go o wiele uważniejszym spojrzeniem niż była w stanie przez ten krótki moment, gdy pojawił się w drzwiach. Wyglądał… cóż, jak Patrick, w wersji mocno nieaurorskiej i do tego upaćkanej – Upaćkałeś się – zauważyła dość łagodnie, wskazując swój policzek i włosy, nakierowując tym samym na miejsca, gdzie nabrał kolorów, jakich co do zasady nie należałoby się spodziewać.
Zwlekała z dotknięciem tematów, które ją tu przywiodły – ale też jakoś tak głupio prostu od progu zadawać pytania, jakby urządzała Stewardowi przesłuchanie.