Stanley ze swoim nazwiskiem mógł tylko trafić z deszczu pod rynnę. Bo o ile był Borginem, tak gdyby ojciec nie poszedł po mleko i ożeniłby się z jego matką, zostałby Mulciberem - tak źle i tak nie dobrze. Los jednak chciał aby pozostał przy nazwisku panieńskim swojej matki, co wcale, a wcale nie ułatwiało nic w jego życiu. I może Borginowie ustępowali Rookwoodom w kwestii zszarganej opinii, tak na pewno znajdowali się na ścisłym podium rodzin, które nie miały najlepszej reputacji. Po tylu latach spędzonych z rodziną od strony Anne, nauczył się tylko dwóch rzeczy - pociągu do utraty głów i nienawiści do Crawleyów. W swoim życiu już stracił dwa razy głowę - raz dla nekromancji, a drugi raz dla Stelli. Nie wiedział jednak, że utrata głowy czy już nawet głów będzie trapiła go aż do śmierci.
W tym momencie swojego życia też miał ambiwalentne podejście do jakiejś większej empatii, która opuściła go wraz ze śmiercią matki. Wtedy miał w sobie jeszcze jakieś pokłady "dobrego serca" - te umarły wraz z dołączeniem do zwolenników Czarnego Pana i pierwszych morderstw związanych z działaniem w tej grupie. Hehehe... Uśmiechnął się na niecodzienny komplement Sauriela. Zdawał sobie sprawę, że nikt nie docenia go aż tak bardzo jak jego ulubiony krukon - Proszę. Częstuj się - oddał bez żadnego protestu swój miesięcznik. Tylko nie pognij... Chciał dodać ale się powstrzymał, widząc to zdziwienie na twarzy Rookwooda. Nie rozumiał jego reakcji, wszak każdy mógł się pomylić z interpretacją takiego trudnego polecenia. Ciekawe jakby śpiewał gdyby to on nie znał się kompletnie na ogrodnictwie - Mógłbym dostać lekkiego skrętu kiszek, a później pewnie bym się panoszył po lewej i prawy aby to uporządkować - przyznał, pozwalając sobie na kolejne zawadiacki uśmiech. Nie dało się ukryć, że jednak miał coś w sobie z Robercika. Obydwoje kochali perfekcjonizm z tą różnicą, że Stanley jeszcze nie układał książek w maniakalnym ładzie - ta umiejętność musiała się objawiać z wiekiem u potomków Mulciberów.
Powiedzieć, że żart się dzisiaj trzymał Sauriela to jak nie powiedzieć nic. Aż się prosiło aby powiedzieć do niego - "wyśmienity żart milordzie" aby sekundę później wpaść w donośny rechot. Tak się niestety nie stało, a Borgin skwitował to cięższym wypuszczeniem powietrza oraz przeczącym pokręceniem głową - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem - odparł kiedy drugi z mężczyzn poprosił o chwilę. Nie miał za bardzo wyboru, więc co miał zrobić? Odmówić? Wtedy spojrzałby się na niego jak na debila aby po chwili usiąść na tym krześle. Musieli zresztą współpracować, a nie drzeć koty w tym momencie. W kwestii pszyrki Stanleya to wszystko było złe - tory były złe, podwozie też było złe. Ten pociąg - zwany naukami przyrodniczymi - wykoleił się już dawno temu.
- Co się denerwujesz. Upewniałem się tylko - odparł nerwusowi. Co miał dokładnie widzieć w tym obrazku? Widział to co było tam pokazane - ogórki w przeróżnej formie - Widzę... - odpowiedział zgodnie z prawdą. Widział... Tylko, że to co chciał, a nie to co mu pokazywał Sauriel - No tak, sam przecież próbowałeś. Robiła najlepsze przetwory... Ale między mną, a moją matką to jest różnica jakichś 400 lat wiedzy o roślinach - zauważył. Stanley był kapuścianym głąbem w tej kwestii, a Anne była zawodowym wytwórcom mikstur - miała tą całą zieleninę w małym palcu. Z ciekawością ale zarazem uznaniem, obserwował jak Rookwood sprawnie porusza się po świętej księdze - Hmm... - zamyślił się na krótką chwilę kiedy potwierdził autentyczność tej książki, a później zabrał się za swoją część. Krukon, jak to krukon, będzie czytał, a Ślizgon wykorzysta swoje znajomości.
Kolejnych słów przyjaciela już nie słyszał - był zbyt zajęty pisaniem listu. Gdyby jego kompan obstawił na loterii, że Stanley po napisaniu listu pobiegnie po sowę aby od razu ten list wysłać, wygrałby. Zostałby pieprzonym milionerem i do końca życia nie musiałby już nic robić. Borgin podpisał się, a następnie zerwał od stołu jakby był na jakichś zawodach sportowych i ruszył czym prędzej do swojej sowy - No Kelpiea. Masz robotę. Leć to dostarczyć i wracaj z odpowiedzią raz, dwa. Nie mamy czasu do stracenia - przekazał instrukcje swojej podopiecznej, którą następnie wypuścił przez okno na podwórko, a następnie zastygł na kilka sekund, wpatrując się w ulicę na dole.
Pokręcił głową, po czym ciężko westchnął i powrócił do stolika - Na czym stanęliśmy? Powinna niedługo wrócić z odpowiedzią - podszedł od boku do książki i się jej przyjrzał - Coś ciekawego tutaj jest? Czy mam jakiegoś kolejnego atlasu poszukać? - zapytał, odwracając się po chwili do wielkiej biblioteczki, która była wypełniona po brzegi książkami. Na ułamek sekundy zatrzymał swój wzrok na Atlasie Grzybów ale szybko powrócił pełnią swojej uwagi do Sauriela.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972