26.07.2023, 21:51 ✶
- Złapaliśmy. Ale to nie takie proste – westchnęła tylko Brenna. Przesłuchaniami śmierciożerców zajmowali się raczej aurorzy, ona rzadko brała udział w takich rzeczach, nawet jeżeli przyszło jej krzyżować różdżki ze śmierciożercami, ale wiedziała, że problemy były dwa.
Po pierwsze, większość ludzi, która dostawała się w ich ręce, wiedziała po prostu za mało. I Brenna się temu nie dziwiła, bo nawet w Zakonie Feniksa nie przekazywano wszystkich informacji każdemu – właśnie z obawy, że ktoś dostanie się w ten czy inny sposób w ręce wroga. Po drugie, aurorzy nie mieli prawa stosować legimencji, przynajmniej oficjalnie, a podczas przesłuchać musieli przestrzegać prawa. Żadnych tortur. Żadnego trzymania o chlebie i wodzie. I tak, potem delikwent trafiał do Azkabanu, będącego najgorszą torturą, ale niekoniecznie wcześniej udawało się coś z niego wydobyć. Ba, czasem nawet do Azkabanu nie trafiał, bo bogata i ustosunkowana rodzica udowadniała, że oczywiście rzucono na takiego imperio, podano mu jakiś eliksir i tak dalej…
Przelotnie pomyślała o śmierciożercy z Beltane i mimowolnie zacisnęła szczękę.
Sądziła, że z pojedynkami radzi sobie przyzwoicie, ale była w tym o wiele, wiele za słaba. To starcie jej to udowodniło. Nie mogli sobie poradzić z nim zbyt długo.
- Albus to w końcu najpotężniejszy czarodziej w Anglii – powiedziała. A może i na świecie? Zdaniem niektórych był nim Voldemort, a jednak… Brenna nie chciała ani nie mogła w to uwierzyć.
Chwilę później, szepcąc pod nosem reparo, stawała się naprawić to, co naprawić się dało, a zaklęciem redukującym usunąć to, co tylko by zawadzało, by pomóc Tancredowi w początkach sprzątania. Oboje chyba jednak wiedzieli, że potrzebował tutaj kogoś uzdolnionego w renowacji. Mógł być nauczycielem zaklęć, a ona mogła nieźle znać się na transmutacji, ale zniszczenia potrzebowały specjalisty, aby dom wrócił do dawnej świetności.
O ile w ogóle mu na tym zależało.
– Trochę szkoda, że już nikt na nim nie gra – stwierdziła, podchodząc do instrumentu. Nacisnęła klawisze, ot chcąc się przekonać, czy działa. Nie umiała grać – była ta umiejętność mile widziana u dam z „dobrych domów”, ale w jej domu „damy” uczyło się raczej fechtowania. Poza tym był nastrojony. Ale wydał z siebie dźwięk, a to już było coś.
Mimo to, nawet kiedy pomieszczenie zostało jako tako uprzątnięte, przykro było przebywać w tym miejscu. Brenna miała wrażenie, że czuć w tych ścianach, że dom opuszczono. Był w jakiś sposób zimny i martwy, i nie było to w żaden sposób związane z kurzem czy resztkami stołu.
– Ale teraz pewnie Hogwart to twój dom?
Gdy patrzyła na to z perspektywy czasu, zdawało się jej, że praca w Hogwarcie dla nauczycieli była życiem. Większość profesorów, nawet w szkołach z internatem, miała jednak coś poza nimi, zakładali rodziny, wyjeżdżali, a ci z Hogwartu… zostawali tam zwykle na całe lata i zdawali się… jakoś z nim powiązani. Wystarczyło popatrzeć na Dumbledore’a.
Po pierwsze, większość ludzi, która dostawała się w ich ręce, wiedziała po prostu za mało. I Brenna się temu nie dziwiła, bo nawet w Zakonie Feniksa nie przekazywano wszystkich informacji każdemu – właśnie z obawy, że ktoś dostanie się w ten czy inny sposób w ręce wroga. Po drugie, aurorzy nie mieli prawa stosować legimencji, przynajmniej oficjalnie, a podczas przesłuchać musieli przestrzegać prawa. Żadnych tortur. Żadnego trzymania o chlebie i wodzie. I tak, potem delikwent trafiał do Azkabanu, będącego najgorszą torturą, ale niekoniecznie wcześniej udawało się coś z niego wydobyć. Ba, czasem nawet do Azkabanu nie trafiał, bo bogata i ustosunkowana rodzica udowadniała, że oczywiście rzucono na takiego imperio, podano mu jakiś eliksir i tak dalej…
Przelotnie pomyślała o śmierciożercy z Beltane i mimowolnie zacisnęła szczękę.
Sądziła, że z pojedynkami radzi sobie przyzwoicie, ale była w tym o wiele, wiele za słaba. To starcie jej to udowodniło. Nie mogli sobie poradzić z nim zbyt długo.
- Albus to w końcu najpotężniejszy czarodziej w Anglii – powiedziała. A może i na świecie? Zdaniem niektórych był nim Voldemort, a jednak… Brenna nie chciała ani nie mogła w to uwierzyć.
Chwilę później, szepcąc pod nosem reparo, stawała się naprawić to, co naprawić się dało, a zaklęciem redukującym usunąć to, co tylko by zawadzało, by pomóc Tancredowi w początkach sprzątania. Oboje chyba jednak wiedzieli, że potrzebował tutaj kogoś uzdolnionego w renowacji. Mógł być nauczycielem zaklęć, a ona mogła nieźle znać się na transmutacji, ale zniszczenia potrzebowały specjalisty, aby dom wrócił do dawnej świetności.
O ile w ogóle mu na tym zależało.
– Trochę szkoda, że już nikt na nim nie gra – stwierdziła, podchodząc do instrumentu. Nacisnęła klawisze, ot chcąc się przekonać, czy działa. Nie umiała grać – była ta umiejętność mile widziana u dam z „dobrych domów”, ale w jej domu „damy” uczyło się raczej fechtowania. Poza tym był nastrojony. Ale wydał z siebie dźwięk, a to już było coś.
Mimo to, nawet kiedy pomieszczenie zostało jako tako uprzątnięte, przykro było przebywać w tym miejscu. Brenna miała wrażenie, że czuć w tych ścianach, że dom opuszczono. Był w jakiś sposób zimny i martwy, i nie było to w żaden sposób związane z kurzem czy resztkami stołu.
– Ale teraz pewnie Hogwart to twój dom?
Gdy patrzyła na to z perspektywy czasu, zdawało się jej, że praca w Hogwarcie dla nauczycieli była życiem. Większość profesorów, nawet w szkołach z internatem, miała jednak coś poza nimi, zakładali rodziny, wyjeżdżali, a ci z Hogwartu… zostawali tam zwykle na całe lata i zdawali się… jakoś z nim powiązani. Wystarczyło popatrzeć na Dumbledore’a.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.