27.07.2023, 01:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2023, 17:09 przez Patrick Steward.)
Patrick ruszył za Mavelle w głąb własnego mieszkania. Przyglądał się czubkowi głowy brygadzistki, nie do końca wiedząc po co właściwie przyszła. To znaczy wiedział, że musiała mieć ważny powód. Z pewnością dużo ważniejszy niż wspominanie wspólnie spędzonej w kawalerce nocy, ale sam czuł się dziwnie nago ze świadomością, że za chwilę zobaczy malowany przez niego obraz. Najchętniej zakryłby go płachtą, ale świeżo nałożone warstwy olejnej farby nie przetrwałyby takiego zabiegu.
Potrząsnął głową, starając się wyrzucić z głowy niechciane myśli.
- Otworzę okno – mruknął. – Wiem, że farby trochę śmierdzą.
Przed Beltane, gdy pojawiał się tutaj by malować i myśleć, otwierał wszystkie okna w mieszkaniu na oścież. Ale teraz… teraz był zimny i jakoś odruchowo zachowywał się tak, jakby stale było mu zimno, nawet jeśli nie do końca tak to działało. Chwilami niemal przyzwyczajał się do własnego nowego stanu, ale potem w zapomnieniu dotykał kogoś przypadkiem, widział mimowolne drgnięcia, zaskoczenia, zdziwienia malujące się w oczach i znowu uderzało w niego, że nie tylko on się zmienił, ale też zmieniło się to, jak był postrzegany.
- Usiądź przy stoliku albo na fotelu. Zaraz zgarnę słoiki z rozpuszczalnikiem i terpentyną – zaproponował, przypominając sobie o tym, że tym razem Mavelle była tu w charakterze gościa, a nie potencjalnej partnerki, która zachowywałaby się tutaj jak u siebie. – I lojalnie uprzedzam, że to nie będzie najlepsza kawa na świecie – mruknął, zebrał puste kubki po herbacie i wyszedł z sypialnio-salono-biura.
Bones słyszała jak krzątał się po mikro kuchni, otwierał szafki, stukał szklankami. Wrócił po kilku minutach niosąc tacę z kubkiem kawy dla brygadzistki, herbaty dla siebie i maślanymi bułkami na talerzyku (dokładnie tymi samymi, które Mavelle mu przysłała tego dnia).
- Proszę – postawił tackę na stoliku i zaczął przenosić słoiki z pędzlami na podłogę, ku miejscu gdzie trzymał zebrane w drewnianej skrzynce akcesoria i przybory malarskie. – Ostatnio potrzebuję chwili dla siebie – uściślił, nawiązując w ten sposób do tego upaćkania się. – Nie przyniosłem cukru i mleka. Jakbyś potrzebowała to… - pokazał ręką na wyjście z pokoju. – Ty też robisz takie zamieszanie w Ministerstwie Magii? Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. A wczoraj musiałem uciekać z baru, bo połowa tamtejszych bywalców chciała albo stawiać mi drinki, albo porozmawiać, albo ostentacyjnie pokazywała na mnie palcami – poskarżył się.
Posłał Mavelle krzywy uśmieszek, ale chociaż gadał o jakichś głupotach to tak naprawdę czekał aż jego gość wyjawi mu powód swojej wizyty.
Potrząsnął głową, starając się wyrzucić z głowy niechciane myśli.
- Otworzę okno – mruknął. – Wiem, że farby trochę śmierdzą.
Przed Beltane, gdy pojawiał się tutaj by malować i myśleć, otwierał wszystkie okna w mieszkaniu na oścież. Ale teraz… teraz był zimny i jakoś odruchowo zachowywał się tak, jakby stale było mu zimno, nawet jeśli nie do końca tak to działało. Chwilami niemal przyzwyczajał się do własnego nowego stanu, ale potem w zapomnieniu dotykał kogoś przypadkiem, widział mimowolne drgnięcia, zaskoczenia, zdziwienia malujące się w oczach i znowu uderzało w niego, że nie tylko on się zmienił, ale też zmieniło się to, jak był postrzegany.
- Usiądź przy stoliku albo na fotelu. Zaraz zgarnę słoiki z rozpuszczalnikiem i terpentyną – zaproponował, przypominając sobie o tym, że tym razem Mavelle była tu w charakterze gościa, a nie potencjalnej partnerki, która zachowywałaby się tutaj jak u siebie. – I lojalnie uprzedzam, że to nie będzie najlepsza kawa na świecie – mruknął, zebrał puste kubki po herbacie i wyszedł z sypialnio-salono-biura.
Bones słyszała jak krzątał się po mikro kuchni, otwierał szafki, stukał szklankami. Wrócił po kilku minutach niosąc tacę z kubkiem kawy dla brygadzistki, herbaty dla siebie i maślanymi bułkami na talerzyku (dokładnie tymi samymi, które Mavelle mu przysłała tego dnia).
- Proszę – postawił tackę na stoliku i zaczął przenosić słoiki z pędzlami na podłogę, ku miejscu gdzie trzymał zebrane w drewnianej skrzynce akcesoria i przybory malarskie. – Ostatnio potrzebuję chwili dla siebie – uściślił, nawiązując w ten sposób do tego upaćkania się. – Nie przyniosłem cukru i mleka. Jakbyś potrzebowała to… - pokazał ręką na wyjście z pokoju. – Ty też robisz takie zamieszanie w Ministerstwie Magii? Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. A wczoraj musiałem uciekać z baru, bo połowa tamtejszych bywalców chciała albo stawiać mi drinki, albo porozmawiać, albo ostentacyjnie pokazywała na mnie palcami – poskarżył się.
Posłał Mavelle krzywy uśmieszek, ale chociaż gadał o jakichś głupotach to tak naprawdę czekał aż jego gość wyjawi mu powód swojej wizyty.