27.07.2023, 19:52 ✶
Przytaknęła odruchowo. Fakt faktem, farby śmierdziały, aczkolwiek nos Mavelle znał wiele sporo gorszych zapachów niż ten. Tak że, mimo iż na dłuższą metę byłoby to męczące, Steward wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie usłyszałby ani jednego słowa skargi.
Zwłaszcza że sama zajmowała się sztuką przelewania obrazów na papier; nie farbami wprawdzie, ale wciąż – rozumiała potrzebę. Potrzebę, bo nietrudno się było domyślić, co tak naprawdę w tym pomieszczeniu się działo, zwłaszcza że ostatnie parę dni przyniosło naprawdę całkiem sporo szkiców wychodzących spod jej ręki. Ot, Beltane wymagało uporządkowania, wycieczka do Limbo tym bardziej, a ołówek… ołówek dawał pewne możliwości w tym zakresie.
Tak samo jak i farby.
- Myślę, że jeśli nie wypłuczesz w niej pędzli, to będzie całkiem dobra kawa – odparła z lekkim uśmiechem, próbując najwyraźniej zażartować. Bo świat się nie skończył, prawda? Bo musieli nadal żyć, trwać, a całkowite pogrążanie się w otchłani… tak, może to coś, czego jakaś część Bones pragnęła. Bo nie czuła się najlepiej sama ze sobą. Że zimna jako taka – to najmniejszy problem, choć tu akurat bolało, że nie mogła już tak po prostu kogoś dotknąć, jak kiedyś. Musiała pamiętać, iż takie gesty już nie przynosiły ciepła, wręcz przeciwnie. Gorzej już z poczuciem, że zawiodła i że, co było całkiem prawdopodobne (przynajmniej do czasu, kiedy uda się przelamać klątwę. Bo musi się udać, prawda?), w ewentualnym kolejnym starciu z Voldemortem będzie całkiem bezużyteczna. Nie mogła o nim mówić, rysować, pisać, pokazywać, cokolwiek – jakże więc mogłaby w takim razie podnieść różdżkę przeciwko niemu…?
I tym razem wybrała fotel, uprzednio pozwalając sobie na przełożenie paru poduszek – z tą różnicą, że teraz nie dzierżyła szkicownika ani ołówka, nie mówiąc już o całkowitym braku negliżu; chociaż trochę kusiło, żeby jednak rozgościć się bardziej, podciągnąć nogi, niemalże zwinąć się na tymże fotelu. Ale zwalczyła tę chęć; poświęciła swą uwagę czemu innemu.
Obrazowi.
Choć tak po prawdzie, nie przyglądała mu się jakoś szczególnie długo; może się myliła, ale wyczuwała w tym płótnie to samo, co we własnych szkicach. A nimi nieszczególnie pragnęła się dzielić; te stronice w szkicowniku zdecydowanie nie były przeznaczone do pokazywania ich światu.
Podziękowała, gdy Steward wrócił wraz z kawą i bułeczkami; podniosła się też, by podejść do stolika i wziąć kubek.
- Chyba wszyscy jej potrzebujemy – westchnęła cicho, z pełnym zrozumieniem. Sama też jej potrzebowała, Matka jej świadkiem. I nic dziwnego – cały ten bałagan i wszechobecne zainteresowanie mocno sprzyjało chęci zaszycia się gdzieś w ciemnym kącie – Nie, wystarczy taka – zapewniła naprędce, obejmując naczynie dłońmi.
Jakby miały się w ten sposób ogrzać.
- Staram się to ignorować, ale czuję spojrzenia ich wszystkich – przyznała, krzywiąc się przy tym. Naprawdę nie była szczęśliwa, zyskując tak nagle i tak bardzo na popularności – Nie wiem, Patrick, z jednej strony mam ochotę wybrać cały zaległy urlop i nadgodziny i zniknąć na jakiś miesiąc czy dwa, z drugiej… chyba bym zwariowała, mając tyle wolnego – stwierdziła chmurnie. Bo jakkolwiek by nie patrzeć, praca była bardzo ważną częścią życia Bones. Nie najważniejszą, jak to było w przypadku pewnego wspólnego znajomego, ale wciąż: była istotna. Zło nigdy nie spało, miało różne twarze, a jej zadaniem było upilnować, by nie rozlało się jeszcze bardziej, zagarniając, co się tylko dało.
- Zastanawiałam się... – zaczęła z pewnym wahaniem, po krótkiej chwili – i bardzo ostrożnym pociągnięciu łyka kawy; póki co nie wróciła jeszcze na fotel – … po Beltane trochę się zmieniło. I nie wiem, czy to tylko ja, czy... – urwała na chwilę, szukając odpowiednich słów. Jak sformułować pytanie? Bo to, o co pytała, niekoniecznie było jednocześnie tym, czym Steward chciałby się dzielić. I nie chciała jednocześnie sprawiać wrażenia, że chce mu wejść do głowy – zwłaszcza że to już była sprawa Patricka, co „widział” – o ile w istocie widział – … nie pamiętasz przypadkiem rzeczy, których nie powinieneś pamiętać? W sensie… myślisz, że coś widziałeś, gdzieś byłeś, ale jednocześnie to było w takim czasie, że nie mogło to mieć miejsca? – spytała w końcu, obserwując uważnie mężczyznę.
Zwłaszcza że sama zajmowała się sztuką przelewania obrazów na papier; nie farbami wprawdzie, ale wciąż – rozumiała potrzebę. Potrzebę, bo nietrudno się było domyślić, co tak naprawdę w tym pomieszczeniu się działo, zwłaszcza że ostatnie parę dni przyniosło naprawdę całkiem sporo szkiców wychodzących spod jej ręki. Ot, Beltane wymagało uporządkowania, wycieczka do Limbo tym bardziej, a ołówek… ołówek dawał pewne możliwości w tym zakresie.
Tak samo jak i farby.
- Myślę, że jeśli nie wypłuczesz w niej pędzli, to będzie całkiem dobra kawa – odparła z lekkim uśmiechem, próbując najwyraźniej zażartować. Bo świat się nie skończył, prawda? Bo musieli nadal żyć, trwać, a całkowite pogrążanie się w otchłani… tak, może to coś, czego jakaś część Bones pragnęła. Bo nie czuła się najlepiej sama ze sobą. Że zimna jako taka – to najmniejszy problem, choć tu akurat bolało, że nie mogła już tak po prostu kogoś dotknąć, jak kiedyś. Musiała pamiętać, iż takie gesty już nie przynosiły ciepła, wręcz przeciwnie. Gorzej już z poczuciem, że zawiodła i że, co było całkiem prawdopodobne (przynajmniej do czasu, kiedy uda się przelamać klątwę. Bo musi się udać, prawda?), w ewentualnym kolejnym starciu z Voldemortem będzie całkiem bezużyteczna. Nie mogła o nim mówić, rysować, pisać, pokazywać, cokolwiek – jakże więc mogłaby w takim razie podnieść różdżkę przeciwko niemu…?
I tym razem wybrała fotel, uprzednio pozwalając sobie na przełożenie paru poduszek – z tą różnicą, że teraz nie dzierżyła szkicownika ani ołówka, nie mówiąc już o całkowitym braku negliżu; chociaż trochę kusiło, żeby jednak rozgościć się bardziej, podciągnąć nogi, niemalże zwinąć się na tymże fotelu. Ale zwalczyła tę chęć; poświęciła swą uwagę czemu innemu.
Obrazowi.
Choć tak po prawdzie, nie przyglądała mu się jakoś szczególnie długo; może się myliła, ale wyczuwała w tym płótnie to samo, co we własnych szkicach. A nimi nieszczególnie pragnęła się dzielić; te stronice w szkicowniku zdecydowanie nie były przeznaczone do pokazywania ich światu.
Podziękowała, gdy Steward wrócił wraz z kawą i bułeczkami; podniosła się też, by podejść do stolika i wziąć kubek.
- Chyba wszyscy jej potrzebujemy – westchnęła cicho, z pełnym zrozumieniem. Sama też jej potrzebowała, Matka jej świadkiem. I nic dziwnego – cały ten bałagan i wszechobecne zainteresowanie mocno sprzyjało chęci zaszycia się gdzieś w ciemnym kącie – Nie, wystarczy taka – zapewniła naprędce, obejmując naczynie dłońmi.
Jakby miały się w ten sposób ogrzać.
- Staram się to ignorować, ale czuję spojrzenia ich wszystkich – przyznała, krzywiąc się przy tym. Naprawdę nie była szczęśliwa, zyskując tak nagle i tak bardzo na popularności – Nie wiem, Patrick, z jednej strony mam ochotę wybrać cały zaległy urlop i nadgodziny i zniknąć na jakiś miesiąc czy dwa, z drugiej… chyba bym zwariowała, mając tyle wolnego – stwierdziła chmurnie. Bo jakkolwiek by nie patrzeć, praca była bardzo ważną częścią życia Bones. Nie najważniejszą, jak to było w przypadku pewnego wspólnego znajomego, ale wciąż: była istotna. Zło nigdy nie spało, miało różne twarze, a jej zadaniem było upilnować, by nie rozlało się jeszcze bardziej, zagarniając, co się tylko dało.
- Zastanawiałam się... – zaczęła z pewnym wahaniem, po krótkiej chwili – i bardzo ostrożnym pociągnięciu łyka kawy; póki co nie wróciła jeszcze na fotel – … po Beltane trochę się zmieniło. I nie wiem, czy to tylko ja, czy... – urwała na chwilę, szukając odpowiednich słów. Jak sformułować pytanie? Bo to, o co pytała, niekoniecznie było jednocześnie tym, czym Steward chciałby się dzielić. I nie chciała jednocześnie sprawiać wrażenia, że chce mu wejść do głowy – zwłaszcza że to już była sprawa Patricka, co „widział” – o ile w istocie widział – … nie pamiętasz przypadkiem rzeczy, których nie powinieneś pamiętać? W sensie… myślisz, że coś widziałeś, gdzieś byłeś, ale jednocześnie to było w takim czasie, że nie mogło to mieć miejsca? – spytała w końcu, obserwując uważnie mężczyznę.