Nie tylko panna Lockhart wystroiła się na spotkanie. Martin pierwotnie chciał opuścić dom w swoich standardowych czarnych ubraniach, kiedy to zobaczył się w lustrze. Wyglądał śmiertelnie blado, chorowicie i po prostu nieprzyjemnie. Na Beltane panowało przyjemne światło ognia. W ciągu dnia zlewał się z szarością Londynu.
Co robić? Mógł transmutować kolor swojej koszuli. Szybko ruszył do biblioteki znaleźć książkę z podstawowymi zaklęciami. Znalazł. Tylko na jaki kolor? Niebieski? Zbyt chłodny. Może zieleń? Czerwień? Pomarańcz? Zdecydowanie nie. Wrócił do granatu i spróbował. Niestety nie wyszło. Do biblioteki wtoczył się zaaferowany ojciec. Z opóźnieniem dotarło do niego, że ktoś w tym domu wykonywał ruchy szybsze niż żółw.
Martin nie miał wyboru. Zwierzył się ojcu ze swojego problemu. Nie posiadał w swej garderobie innego koloru poza czernią. Ojciec uronił łzę, po czym przyniósł synowi za małą już na siebie koszulę. Miała standardowy krój, ciemnopurpurowy kolor i... guziki w kształcie pereł. Cóż, lepsze to niż nudna czarna koszula.
Przebrany w nowy nabytek, ruszył na spotkanie z Daisy. Nawet się ogolił. Chciał pojawić się dużo wcześniej, ale przez przygodę z koszulą to dziewczyna była pierwsza na miejscu. Dostrzegł ją z daleka. Nie rozumiał dziwnego podekscytowania, jakie rosło w nim z chwili na chwilę. Już bardziej pojmował zdenerwowanie. Na ogół nie spotykał się z nikim. Nie wiedział nawet, jak mogłoby wyglądać coś takiego.
Ale nie mogła czekać na niego wiecznie. Podszedł więc do dziewczyny, czując jak serce mu łomocze, a ręce się pocą.
— Przepraszam za spóźnienie — rzucił. Po potężnej bitwie w swojej głowie między "Dzień dobry" a "Cześć", zdecydował się na coś zupełnie innego. I... bezpieczniejszego? Wyglądała bardzo ładnie, zauważył to. Zupełnie jak ktoś, kto nigdy by nie chciał mieć z nim nic do czynienia.