Dzień błogi w rutynę, tak doskonale nieodbiegający od prozy dnia codziennego, pokierował jej kroki w kierunku Alei Horyzontalnej, po której prędko poniósł się tętent niewysokich obcasów – tego dnia jej kostek wyjątkowo nie otulały nieprzyzwoicie wysokie szpile, które wymieniła na rzecz nieocenionej wygody. Prawdopodobnie zrezygnowała z szytego nicią prozy codziennej wyglądu – barwnych koszul, szerokich rond kapeluszy i wysokiego w centymetry obuwia – gdyż dzień miał nieść się na ramionach barwnej alkowy jednostajności i schematyzmu, przędzony naturalnym w jej uwerturze zapracowaniem. Dłonie znaczyły nieśmiałe pociągnięcia pędzla, za paznokciami zaś, znalazły się ślady farby; pod pachą niosła dwa wielkometrażowe płótna – jedno z nich wciąż pozostawało znaczone znamionami świeżości, gdyż akryl mienił się wielorako, sugerując, iż raptem niepełne godziny temu został położony na kanwę.
Dawno nie przeżywała dnia w swoim majestacie rutynowego; każdorazowo na jej ścieżce stawały persony wykrojone szeroko, wyjątkowością niesione niczym tajemniczą bruzdą. Loki więc nie pozostawały skrzętnie ułożone – opadały wdzięcznie na czoło, trącane podmuchami wiatru, który przecież jeszcze nosił znamiona przemijającej zimy. I tylko przebiśniegi, których śmiałe główki wychylały się zza topniejącego puchu, świadczyły o kresie pory sennie bezsennej, stanowiły preludium wiosenne. Czy jednak było to istotne?; przecież już od dawna nikt nie pamiętał, aby znaczyć swoją ścieżkę pośród zapachu kwiatów i deszczy rzęsistych.
Jej krok był prędki i pomimo stawiania niewielkich kroków, przemierzała Aleję burzliwie prędko. Płaszcz przejściowy luźno opadał z ramion, sunąc swą linią ku ziemi, rąbkiem umykając na poziomie połowy łydek. Zaaferowana i zafrasowana, prawdopodobnie nawet by go nie zauważyła…
…podniosła jednak wzrok w odpowiednim momencie.
Zatrzymała się gwałtownie, zupełnie jakby zderzyła się z potężną ścianą. Przez moment wyraz jej twarzy nie szeptał zbyt wiele, już po chwili jednak oczy rozwarły się szeroko, a wargi zadrżały nieprzejednanie. I cały kwiecisty mikrokosmos pamięci rozwarł się gwałtownie, całe emocje, głęboko tłamszone, odżyły za pociągnięciem jednej sekundy.
Nie widziała go pięć lat. Pięć, rozciągniętych na kanwie czasu lat, które przemknęły burzliwie, zupełnie jak za jednym, ulotnym pociągnięciem pędzla, obfitując w mnogość doświadczeń, spętanych linami przywiązania doznań. Nie mogła przecież o nim zapomnieć; o miłości przecież tak prędko się nie zapomina.
Niesiona salwą uczuć, upuściła płótna, które rozbiły się o mokrawy bruk. Podeszła do niego szybciej, niż nakazywałaby to kurtuazja i bezpardonowo – w rytm dynamicznej osobowości – otuliła go ramionami w pasie, opierając czoło o jego klatkę piersiową.
– Dlaczego? Na Merlina, Logan, dlaczego? – rzekła staccato, zaciskając dłonie na jego odzieniu.
Momentalnie przywołała na poły pamięci wszystko, co poszło niezgodnie z założeniem i aż otworzyła szeroko oczy, zdając sobie sprawę, jak głęboko go skrzywdziła; jak okrutnie prowodyrką całego nieszczęścia była. Ich historia, godna i tragiczna, do maski tyrana podobna, nigdy nie pokazała, czym była jej miłość patetyczna. Morderstwo dzielone na dwoje, pozbycie się jego pamięci z pobudek tak czysto egoistycznych, a wreszcie – ściana milczenia, którą własnoręcznie utkała, odsuwając się od niego.