05.11.2022, 12:40 ✶
Cierpliwość w takich sytuacjach nie była mocną stroną Brenny. Trzydzieści krótkich sekund do aporacji (a odliczała je uczciwie, aportując się dokładnie w piętnastej sekundzie po zniknięciu Mavelle) to już dla niej było nazbyt długo: dość czasu, aby kuzyna i Prawa Ręka Dumbledore'a oberwali jakimś zaklęciami.
Gdy jednak znikła z cichym trzaskiem, by przemknąć przez nicość i pojawić się na skraju zagajnika, nie usłyszała odgłosów walki. Nie zobaczyła mrocznego znaku na niebie albo złowrogich postaci w ciemnych szatach. Niepotrzebnie się obawiała: informacje Patricka okazały się dokładne. Słudzy Voldemorta jeszcze nie rozpoczęli swojej "zabawy". Rozluźniła nieco uścisk palców na różdżkę, bo zaciskała je wcześniej mocno, gotowa do wykrzyczenia zaklęć ochronnych albo ofensywnych.
- W razie potrzeby mogę zostać na czatach - mruknęła tylko cicho, a wraz z oddechem z jej ust uniósł się kłębek pary. - Ale równie dobrze, jeśli zechce nas wpuścić, możemy wszyscy schować się w domu.
Po prawdzie, jeżeli Annie nie zechciałaby ich wpuścić, Brenna była gotowa podjąć... nadzwyczajne środki ostrożni. Włącznie ze speryfikowaniem Annie i umieszczeniem w jakiejś szafie, dopóki nie uporają się ze śmierciożercami. Nie było to postępowanie chwalebne dla kogoś, kto pracował w Brygadzie Uderzeniowej, ale lojalność Brenny leżała po stronie Zakonu i sprawiedliwości, nie prawa. Zdążyła się przekonać, że w ramach tego ostatniego zbyt wiele rzeczy niektórym może ujść na sucho.
Postępowała w pewnym oddaleniu, trzymając dystans od Patricka, który pierwszy ruszył do furtki. Brenna mogła na co dzień być nadwornym pajacem rodów czystej krwi, ale w takiej sytuacji, jak teraz, całkowicie skupiała się na przewidywaniu możliwych zagrożeń. Skoro Patrick szedł przodem, ona rozglądała się, czy ktoś nie pojawia się za nimi lub gdzieś z boku. I pilnowała, aby - jeżeli ktoś zaatakuje - nie zdołał trafić więcej niż jednej osoby na raz.
Och, dziewczyno, mama cię nie uczyła, byś nie otwierała drzwi nieznajomym, westchnęła Brenna w myślach, gdy drzwi uchyliły się, ukazując drobną sylwetkę. Z jednej strony pojawienie panny przyjęła z ulgą, wszak ta była cała, zdrowa, bezpieczna: nie spóźnili się. Z drugiej od razu myślała o tym, że przecież nie mogła ich rozpoznać w ciemnościach, z daleka, nawet jeśli spojrzała przez okno lub przez wizjer. Że może to nie odwaga, a głupota kazała Annie wypowiadać się w ten sposób.
Oto w sylwestrową, ciemną noc, przed jej domem pojawiają się trzy osoby w płaszczach, a ona ot tak otwiera drzwi, gdy jest sama w domu. Mogliby ją teraz pochwycić za pomocą jednego zaklęcia.
Czy ona rzuciła chociaż na siebie protego?
- Annie? - spytała, podnosząc nieco głos. - Chcielibyśmy z tobą porozmawiać.
Pakuj walizki, mała, jedziesz na wakacje do rodziców, pomyślała, chociaż przeczuwała, że Thomas nie zgodzi się nigdzie ruszyć, dopóki nie przekona się, że naprawdę jest zagrożona.
Gdy jednak znikła z cichym trzaskiem, by przemknąć przez nicość i pojawić się na skraju zagajnika, nie usłyszała odgłosów walki. Nie zobaczyła mrocznego znaku na niebie albo złowrogich postaci w ciemnych szatach. Niepotrzebnie się obawiała: informacje Patricka okazały się dokładne. Słudzy Voldemorta jeszcze nie rozpoczęli swojej "zabawy". Rozluźniła nieco uścisk palców na różdżkę, bo zaciskała je wcześniej mocno, gotowa do wykrzyczenia zaklęć ochronnych albo ofensywnych.
- W razie potrzeby mogę zostać na czatach - mruknęła tylko cicho, a wraz z oddechem z jej ust uniósł się kłębek pary. - Ale równie dobrze, jeśli zechce nas wpuścić, możemy wszyscy schować się w domu.
Po prawdzie, jeżeli Annie nie zechciałaby ich wpuścić, Brenna była gotowa podjąć... nadzwyczajne środki ostrożni. Włącznie ze speryfikowaniem Annie i umieszczeniem w jakiejś szafie, dopóki nie uporają się ze śmierciożercami. Nie było to postępowanie chwalebne dla kogoś, kto pracował w Brygadzie Uderzeniowej, ale lojalność Brenny leżała po stronie Zakonu i sprawiedliwości, nie prawa. Zdążyła się przekonać, że w ramach tego ostatniego zbyt wiele rzeczy niektórym może ujść na sucho.
Postępowała w pewnym oddaleniu, trzymając dystans od Patricka, który pierwszy ruszył do furtki. Brenna mogła na co dzień być nadwornym pajacem rodów czystej krwi, ale w takiej sytuacji, jak teraz, całkowicie skupiała się na przewidywaniu możliwych zagrożeń. Skoro Patrick szedł przodem, ona rozglądała się, czy ktoś nie pojawia się za nimi lub gdzieś z boku. I pilnowała, aby - jeżeli ktoś zaatakuje - nie zdołał trafić więcej niż jednej osoby na raz.
Och, dziewczyno, mama cię nie uczyła, byś nie otwierała drzwi nieznajomym, westchnęła Brenna w myślach, gdy drzwi uchyliły się, ukazując drobną sylwetkę. Z jednej strony pojawienie panny przyjęła z ulgą, wszak ta była cała, zdrowa, bezpieczna: nie spóźnili się. Z drugiej od razu myślała o tym, że przecież nie mogła ich rozpoznać w ciemnościach, z daleka, nawet jeśli spojrzała przez okno lub przez wizjer. Że może to nie odwaga, a głupota kazała Annie wypowiadać się w ten sposób.
Oto w sylwestrową, ciemną noc, przed jej domem pojawiają się trzy osoby w płaszczach, a ona ot tak otwiera drzwi, gdy jest sama w domu. Mogliby ją teraz pochwycić za pomocą jednego zaklęcia.
Czy ona rzuciła chociaż na siebie protego?
- Annie? - spytała, podnosząc nieco głos. - Chcielibyśmy z tobą porozmawiać.
Pakuj walizki, mała, jedziesz na wakacje do rodziców, pomyślała, chociaż przeczuwała, że Thomas nie zgodzi się nigdzie ruszyć, dopóki nie przekona się, że naprawdę jest zagrożona.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.