Bał się. To pierwsze, naturalne stwierdzenie, kiedy widzisz czyjeś oczy, które latają, nie mogą się skupić. Kiedy widzisz, że ktoś się wycofuje. Kiedy nie możesz wyłapać pewności w postawie. Ale to nie był strach. Zapobiegliwy. Był zapobiegliwy. To słowo idealnie wtłaczało się w jego sylwetkę i jego otoczenie. Nie spinał mięśni, a ruch gałek ocznych nie był niespokojny. Chciał mieć wszystko pod kontrolą? Chciał mieć na wszystko widok. Brak zaufania? Laurent bardzo szybko poddawał analizie to, na co spoglądał i tym bardziej osoby, z którymi przychodziło mu obcować. Czasami lubił mówić, że to kwestia zawodu. Musiał ocenić charakter osoby, która do niego przychodziła, żeby wiedzieć, na co klientowi pozwolić, co mu doradzić, a czego wręcz kategorycznie zabronić. Niektóre zwierzęta wymagały odpowiedniego charakteru. W końcu one również się od siebie różniły. Jak te trzy abraksany. Stojący z przodu, niespokojny, narowisty. Dwa z tyłu były spokojne. Jeden z nich wręcz przymykał ślepia, jakby po prostu cieszył się późno wiosennym słońcem. Byli ludzie, którzy uwagę przyciągali od razu i tacy, którzy wtapiali się w tło. A biorąc pod uwagę cały wystrój wokół i panujące nastroje to ten mężczyzna, posiadacz sztyletów miast oczu, był jak egzotyczne zwierzę wybrane z zupełnie dzikiego i pierwotnego lasu, by wcisnąć je do społeczeństwa i zobaczyć, jak się zachowa. Jak więc można się było domyślić - zachowanie było absurdalnie abstrakcyjne. Cały ten niepokój, zmartwienia... zdawały się tego człowieka po prostu niedotykać. Laurent widział w nim po prostu ciekawość. I tą magiczną zapobiegliwość.
- Ludzie i wasze złote usta. - Odezwał się rumak na przedzie, prostując się z dumą. Miał co prezentować. Każdy mięsień jego ciała pracował pod lśniącą, krótką sierścią, a długa grzywa podskakiwała przy jego ruchu. Laurent podszedł do Michaela, bo tak też abraksan miał na imię, i położył dłoń na jego szyi, żeby trochę go uspokoić.
- Dobrze pan zgadł. W czym mogę pomóc? - Zamierzał przygotować konie, żeby móc je zostawić woźnicy, który zajmie się dalszym przewożeniem pacjentów czy też kogokolwiek byłoby potrzeba przetransportować. Sam zaś planował zostać na miejscu. Nie wiadomo, jakie licho taka magiczna katastrofa przyciągnie. A i ciągle potrzebowali ludzi do poszukiwań. - Hmm... - Zaintonował, obracając się znów do mężczyzny. - Nie przekazano mi tego... ale nie ma najmniejszego problemu. - Uśmiechnął się znów anielsko do mężczyzny. Mężczyzny, którego wzrok przyprawiał go o lekkie dreszcze i tak prawdę mówiąc to gdyby był tu sam - nie poleciałby z nim. Co innego, że miał towarzysza przy sobie, który pewnie zdążyłby ujebać komuś rękę, zanim ta sięgnęłaby po różdżkę... Było coś niepokojącego w tym... nieznajomym. Bezimiennym nieznajomym. To chyba jego spojrzenie. Jednak spojrzenia mogły być różne, a biznes to biznes. I w tym wypadku - czas to zdrowie chorych. Czyli czas bezcenny. Laurent gwizdnął i wielki basior wskoczył do wozu.
- Mam rozumieć, że potrzebuje pan kogoś, kto pokieruje abraksanami, panie..? - Hmph, trochę gbur z tego mężczyzny, że się nawet nie przedstawił, ale niech będzie. Równie dobrze mógł go już, z czystej uprzejmości, zapytać o nazwisko. A biorąc pod uwagę, jak patrzył na te rumaki i jak się odsunął, kiedy tylko Michael ostrzegawczo na niego łypnął to... coś mu mówiło, że chyba nie miał z nimi doświadczenia. A przecież eliksiry i medykamenty należało ostrożnie przewozić.