Był przystojny. Kayden był przystojny. Jeden z tych, których Michał Anioł dłutem rzeźbił. Jedno z tych wspaniałych dzieci czystej krwi. Kojarzył go. Kiedy teraz stał przy Michaelu, spokojniejszy, skupiony w pełni na rozmówcy, nie pozwalając sobie samemu na oderwanie się od ciągle śledzących wszystko srebrzystych oczu, był pewny, że widział go w Hogwarcie. Rok wyżej. Niektórych twarzy, niektórych oczu, się po prostu nie zapomina. Zapisywały się w pamięci jak dobra piosenka czy piękny obraz, nad którym wzdychałeś po nocach. Wtedy byli jednak dziećmi. Teraz byli dorosłymi. Bogatszymi w doświadczenia. Na polu po bitwie, a może nawet wojnie, która poburzyła drzewa, powyrywała trawy i... zabrała ze sobą życia. W obliczu śmierci nie było ważne, kto był winny, kto był niewinny i kto ile miał za uszami. Pozostawał jeden przykry fakt zgaszenia czegoś, co nigdy nie powinno być poddawane osądowi drugiego istnienia. To nie człowiek powinien przesądzać o tym, kto ma żyć, a kto zginąć. Ma takie oczy, które mogłyby wydać wyrok. Kayden wyglądał, jakby grał. Swoją mimiką i ciałem, jakby to wszystko było doskonale wyreżyserowane. To akurat nie było nawet dziwne. O ile było prawdą. Przecież ten świat był w całości grą. A może jednak mężczyzna był szczery, tylko powstrzymywał się przed nadmierną ekspresją przed kimś nieznajomym?
- Niektórzy dosłownie z nieba nam spadają. - Odpowiedział wdzięcznie, słodko, na to tłumaczenie się mężczyzny. Och, to jakoś nie było dobre. Nie do końca. Bo takie zachowania, jakie właśnie mu sprzedawał Kayden, budziły w nim zawsze coś trochę niedobrego. Instynktownego. Jak dziki kot, który budził się dopiero nocą, lśniły jego ślepia i wychodził na żer. I tylko Luna była mu kochanką, tylko ona była powierniczką jego sekretów. Brzmiało poetycko? Na pewno. A w banalnie prostym rozpisie - Laurent się po prostu potrafił zacząć wyzłośliwiać. Zresztą - już to robił, tylko bardzo subtelnie. Tak po prawdzie to nie był pewien, czy Delacour, jak się przedstawił, tego nie widział, nie wyczytywał, czy może udawał, że nie widzi. - Zapraszam. Niestety nie są to królewskie warunki. Przygotowany wóz jest w końcu dla rannych. - Właściwie jak już to powiedział to brzmiało to strasznie... wyniośle. Ale znaczyło dokładnie to, co powiedzieć chciał. Dla plebsu co można, dla szlachty - co najlepsze! Choć to troszkę między żartami, dlatego i uśmiech na moment mu się pogłębił. Tak naprawdę chodziło po prostu o wielkość i to było wszem i wobec widoczne. Żeby właśnie można było zmieścić osoby LEŻĄCE, chociażby. Albo żeby możliwe było przewiezienie zapasów.
Z jakiegoś powodu słowa "potrzebuję pomocy" zabrzmiały szalenie miękko z ust osoby o takim spojrzeniu. Jakby nie pasowały do układanki. Do jego postawy, do... hm. Czasem w ocenie ludzi należało stawiać poprawki. A jak na razie Laurent był skłonny wycenić Kaydena na: kremówkę.
Ewentualnie cebulę.
- Nie ma żadnego problemu, panie Delacour. Po to tutaj przyjechałem. - Zapewnił mężczyznę i sięgnął do schowka po mapę, zakładając na nos okrągłe okulary. Miał minimalną wadę wzroku - taką, która mu w niczym codziennym nie przeszkadzała, ale kiedy przychodziło mu czytać cokolwiek z bliska to musiał się wysilać, żeby skupić spojrzenie i żeby literki były wyraźne. Więc w pewnym momencie przestał się wygłupiać. Sięgnął po okulary. Michael uważał, że wyglądał w nich dostojnie, a jakoś ufał wyczuciu tej dumnej bestii. Podszedł do Kaydena i omówił z nim gdzie lecieć, jakie miejsca odwiedzić i przede wszystkim - w jakiej kolejności. Bo może trzeba coś przetransportować, co wymagało krótkiego czasu wiezienia? Szybkiego spożycia? Różne dziwa się spotykało. W każdym razie - plan został zgrabnie i prosto ustawiony.
- To nie pies. To Jarczuk. - Ale nie, żart nie przeleciał Laurentowi wysoko nad głową. Nawet cicho się zaśmiał, mimo atmosfery panującej wokół. - W przeciwieństwie do abraksanów nie mówi, jeśli to pana uspakaja. - Lepiej nie mówić więc, co za to potrafił robić. Bo jeszcze się pan zdenerw... - Ich ugryzienia prawie się nie goją. Są śmiertelnie niebezpieczne i wykorzystywane przez niektórych aurorów. - Zdenerwuje. Tak. Anielski uśmiech znowu przyozdobił równie anielską twarz Laurenta. W przeciwieństwie do Kaydena, spojrzenie Laurenta było ciepłe. Złożył mapę. - Michaelu, kierujemy się na pokątną.
- Zabieramy tego człowieka? - Abraksan otaksował Kaydena spojrzeniem. - On mnie chyba wyśmiewał!
- Tak, zabieramy pana Delacour. Jestem pewny, że pan Delcaour nie miał na celu wyzłośliwienia się. To był tylko żart. Proszę, startujemy. - Wskazał Kaydenowi miejsce obok woźnicy, obok siebie i sięgnął po lejce. Poprawił swoją marynarkę do połowy ud, wsuwając w nie ręce, bo dotychczas wisiała mu luźno na ramionach.