Lubił nauki o naturze. Zwierzęta, roślin - mogło to być wszystko. Zieleń miała w sobie coś bardzo kojącego, choć i tak, gdyby miał wybierać, zawsze wybrałby błękit. Sam spędzał winę na syrenie korzenie, które ciągnęły go do zbiorników wodnych i mamiły swoim pięknem. Przyciągały poczuciem spokoju. Lasy miały na niego podobne działanie - tylko w o wiele mniejszym stopniu.
Lubił tę naukę i przede wszystkim miał na nią czas. Jego rodzina nie ganiała za nim z batem, że źle wybrał, że powinien mieć inne zainteresowania. Że tak być nie powinno, że jest synem tych i tamtych, a tamci i ci zajmowali się akurat prawem! Miał farta, szczęście głupca - poprawcie mnie, jeśli się mylę. Akurat tak się składało, że jego zainteresowania pokryły się z... nie. Wróć. Tak się składało, że wychował się wśród abraksanów i dorastał z myślą, że musi pokazać i udowodnić swoją wartość. Wbijało się do jego głowy, że jeśli nie będzie dostatecznie dobry, jeśli nie sprosta oczekiwaniom, to w ogóle nie będą chcieli go tam widzieć. A przecież to nie tak, że jego macocha była złą kobietą. Nie. Jego ojciec też go nie ganiał z kijem, miał siostrę, która była kochana... Jakoś tak to bywa, że dzieci potrafią sobie coś tak maniakalnie wbić do głowy, że podążają za tym obsesyjnie. Każdy tutaj był troszkę szalony, życie weryfikowało nam tylko stopień tego szaleństwa. Obsesja się zaczęła, rozkwitła i to szczęście polegało na tym, że naprawdę kochał to, co robił. Kochał naturę.
Poranek był o tyle spokojny, że wręcz idealny do tego, żeby przyjść sprawdzić, jak mają się zasadzone w zeszłym tygodniu rośliny. Oczywiście - można to było zrobić już na zajęciach, ale zajęcia były dopiero za parę godzin, a akurat poranek sprzyjał otwieraniu się płatków i możliwości obserwacji całego procesu przygotowywania się do chłonięcia słońca. Było w tym coś na tyle czarującego, że zamiast swój wolny czas spędzić na chwili snu więcej, to Laurent wolał wyrwać się z pokoju wspólnego, żeby bez tłumów i bez czujnych oczu móc chwilę odetchnąć. W końcu przed ludźmi zawsze odbywała się taka nasza mała gra. Przypasowujesz maski i sprawdzasz, która z nich pasuje do sytuacji i oglądających cię osób najlepiej. I to było w porządku, to było naturalne. Kto by w końcu traktował tak samo swojego szefa jak najlepszego przyjaciela? Chyba tylko ten, co miał luksus posiadania tych dwóch funkcji w jednej osobie. A i to bywało niebezpieczne, bo właśnie - do pracy podchodziło się inaczej niż do przyjaźni. Było wiele składowych i wypadkowych ludzkich zachowań. Wszystko, czym nie trzeba było się przejmować, gdy nikt nie patrzył. Tak, natura...
Naturalnie udzie nie spadali z nieba.
Lukrecja nie miał refleksu. Nie miał go za grosz. Był hałas, był ślizg, specyficzny dźwięk, jaki wydaje podeszwa, kiedy przejeżdża po mokrym szkle i krzyk. A potem już był ból. Nie zdążył nawet dobrze podnieść głowy, żeby zobaczyć, co na niego leciało, kiedy sam poleciał do przodu, na brzuch, notatnik wypadł mu z rąk, potrącił donicę, która rozbiła się na ziemi, a roślina z niej stęknęła żałośnie i zwinęła się cała w pozycję podobną embrionalnej. Czuł smak ziemi, zapach mokrej trawy i błoto na policzkach, na palcach, którymi zarył o glebę i... Na moment naprawdę było ciemno. Uniósł się ostrożnie na przedramionach, otwierając szeroko oczy nie zdziwienia. Jeszcze nie dotarło do jego komórek mózgowych, że był utytłany. Że jego notatki przemokły, wpadając w krzaczory. Że wyglądał jak siódme nieszczęście! Bo przecież błoto i trawa wspaniale pasowały do jego anielskiej buźki i jasnych włosów...
- Żyje..! Chyba... żyje? - Wydusił z siebie niepewnie, zamierając w bezruchu. Czy był ktoś, kto lubił ból? Nie chciało mu się w to wierzyć. On bólu nie lubił. - Eee... eeeh... - Zamrugał, patrząc na wystawione do niego palce. - No pięć? - Przecież miała pięć palców, tylko trzy wystawiła... ale żadnego jej nie brakowało... czy to było podchwytliwe pytanie? Oszołomienie jednak dość szybko z niego złaziło i odpowiedź "trzy" stawała się o wiele bardziej ogarnięta i racjonalna. Przesunął się po tej trawie i usiadł na dupsku. Chwilowo nie ważne, że ziemia była przecież wilgotna. I tak był mokry i umorusany. Dotykał powoli swojego ciała, starając się uspokoić oddech. I wmawiać sobie, że tak naprawdę nic nie boli, nie trzeba panikować, że NIC SIĘ NIE DZIEJE. - P-połamałem? Nic sobie nie połamałem, prawda? - Dopiero z opóźnieniem do niego dotarła ta obawa, którą zasłyszał i aż po sobie spojrzał. Bo przecież czasem jest tak, że nic cię nie boli, dopóki nie zobaczysz rany... na szczęście żadnej nie było. - Jak ja wyglądam... - Jęknął, łapiąc się za koszulę.