W porównaniu do Laurenta, Kayden nie kojarzył go wcale. Może gdyby miał okazję z nim porozmawiać, pozostałby na dłużej w pamięci. W Hogwarcie był jednak zbyt zajęty nauką, żeby rozglądać się po twarzach, szczególnie tak wielu. No bo zamek przecież był ogromny, a jako szczyl, Kayden nie dość, że był arogancki i rozpieszczony, to jeszcze siedział wciąż z nosem w pergaminach. Był dzieciakiem zbyt skupionym na sobie, zresztą dalej był zbyt skupiony na sobie, żeby się nad tym głębiej zastanowić, choć próbował siętego wyzbyć. Powoli wyrywać z siebie te egoistyczne korzenie, które siedziały w nim dość głęboko. Nawet mu nie wpadło do głowy, żeby bliżej przyjżeć się młodemu mężczyźnie, choć aktualnie z zupełnie innych powodów... Nie, kiedy myśli zaprzątały mu abraksany, jarczuki, powozy i duże wysokości. Nie zdziwiłby się wcale, gdyby Prevett wyciągnął z kieszeni węża, a zza kołnierza hipogryfa. Już się zaczynał zastanawiać, czy aby na pewno dobrze zrobił, przychodząc tutaj. Zachciało mu się pomóc bezinteresownie... Nie mógł tu przytargać jednorożców, albo jakieś inne przyziemne stworzenia?
Sarkastyczna uwaga blondyna sprowadziła go na ziemię. Zwęził na chwilę srebrne oczy. Na sekundę. Jak migawka flesza. Jakby chciał to wbić sobie w pamięć. Tą słodycz w uśmiechu Prevetta, która z jednej strony była powalająca, z drugiej nie wiedzieć czemu działała mu na nerwy.
- Domyślam się... - Westchnął, zerkając pobierznie na wóz. - Ważne, żeby robił swoje.
Rozluźnił się nieco na słowa blondyna, ale za chwilę znów spiął, przypomniając sobie co znaczyła jego zgoda, jakby podświadomie miał nadzieję, że jednak powie "A idź pan fchuj" i tyle by z tego było. Jego twarz pozostała jednak tak samo stoicka, jak marmur nad grobem. Wziął cichy, lecz głęboki oddech i zbliżył do Prevetta, żeby uzgodnić trasę. O wiele lepiej przyjął jego profesjonalną postawę, tą "dostojność" i konkretny plan działania. Nie mówił za wiele, poza tym, co koniecznie, skupiając się na celu podróży. Właściwie to czuł się jakby miał kija w tyłku przez tą całą perspektywę latania. Nonszalancja mu gdzieś umknęła. Nie zamierzał za nią biegać. Szlachta nie biega.
Wbrew temu, jakie emocje wywołać mogła informacja o tym, czym właściwie jest Jarczuk i jak niebezpieczne było to stworzenie, Kayden poczuł przede wszystkim zaintrygowanie. Ostrożne, bo głupi nie był, ale jednak... Tyle, że nie stworzeniem, a jego właścicielem. Miał niemałą trudność z pozbycia się z głowy pewnego obrazu... anioła, strzeżonego przez bestie. Ale to tylko obraz, bo anioł też mógł mieć rogi. Biała szata niczego nie zmienia. Uśmiech też nie. Szczególnie tak lukrecjowy.
- Pan Delacour ma specyficzny humor, proszę mu wybaczyć... - Powiedział do abraksana, na wpół żartem, na wpół serio, kłaniając się nieco do konia. Kłaniał się do konia. Ojciec by go wyśmiał. Na twarzy Kaydena nie było jednak uśmiechu, toteż ciężko stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Prawda była jendak taka, że próbował jakoś uspokoić nerwy, bo oto znowu jego myśli zajęte były lotem. A lot zajęty był gryzieniem go w tyłek. Zmusił się do zajęcia wskazanego mu miejsca. Serce mu zamarło w piersi, chyba zamieniając się w bryłę lodową. Złapał się... czego się mógł właściwie złapać po kryjomu, tak, żeby nie było widać, że jest zestresowany... a więc siedzenia, bo ręce zakrywał mu płaszcz. Aż mu knykcie pobielały. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zamknął jadaczkę i tylko patrzył niepewnie na abraksany.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)