30.07.2023, 09:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2023, 10:42 przez Brenna Longbottom.)
- Och, nie, koniecznie trzeba iść z tobą do pielęgniarki. Nie wiem, co to znaczy, jak nie widzisz poprawnie liczby palców, ale zawsze o to pytają w książkach, i jak podajesz dobry wynik, to jest dobrze, więc teraz chyba jest źle - wyrzuciła z siebie Brenna bardzo szybko, trochę blednąc, kiedy chłopak powiedział o pięciu palcach. Pięciu, nie trzech! Nie miała pojęcia, jaką logiką biegły jego myśli, ale teraz była prawie pewna, że wyrządziła mu straszliwą krzywdę. Może uszkodziła już na stałe. Nie myślała o własnych obrażeniach, o błocie na nogach i łokciach, ani nawet o złotym zniczu, który gdzieś czmychnął - a obiecała, że go złapie, koleżance, która absolutnie nie powinna była otwierać skrzyneczki z piłkami do quidditcha...
- Nie wiem. Coś cię boli tak, jakby cię krojono żywcem od środka? - zapytała, kiedy spytał jej, czy się nie połamał, jakby mogła znać odpowiedź! Wprawdzie wstępna ocena sytuacji wskazywała na to, że żadna z jego kończyn nie sterczała w podejrzanym kierunku, nie widziała kości wystających z ran, a Ślizgon nawet zdołał podnieść się na rękach bez zwijania się z bólu i potem przesunąć, więc prawdopodobnie był względnie cały... ale nie mogła mieć pewności w tym względzie. W końcu kto wie, czy nie decydował tutaj szok? Może jednak jakaś kość pękła? - Przepraszam, naprawdę przepraszam, wchodziłam na tę szklarnię już kilka razy, nie myślałam, że dzisiaj będzie taka śliska, obiecuję więcej na ciebie nie spadać - przyrzekła solennie, chociaż taka obietnica zapewne mogła brzmieć w czyichś uszach dużo dziwniej niż jej się wydawało.
Zresztą, Brenna na tym nie poprzestała.
- Pokaż głowę - zażądała, nie bacząc na to, jak to brzmi i że właściwie chłopak ma pełne prawo wyzwać ją od wariatek, odepchnąć albo zacząć nawet ją wyzywać, bo to ona spowodowała ewentualne obrażenia. Tak, mógł to zrobić. I pewnie przyjęłaby to spokojnie. Ale taka wizja nie powstrzymała jej przed próbami obejrzenia jego czoła, by upewnić się, że to nie jest rozbite, nie ma żadnych guzów ani wgłębień. Bo co, jeśli uszkodziła mu głowę i to przez to widział pięć palców? Chociaż... skoro widział pięć palców, brak widocznych obrażeń o niczym nie świadczył, może stało się coś niewidocznego gołym okiem? Nie była pewna, czy ma się zamartwiać, czy wręcz przeciwnie, skoro nie dostrzegała żadnych ran ani złamań.
Kiedy tak przejął się wyglądem, a Brenna wreszcie odnotowała, ze twarz miał w błocie, wpakowała dłoń do kieszeni i wyciągnęła chusteczkę - czystą i całkiem dużą. Zrobiła nawet taki ruch, jakby miała zamiar osobiście wytrzeć mu błoto z nosa, ale na całe szczęście, zreflektowała się w porę i zamarła. To nie był ktoś, kogo dobrze znała, kto przywykł do Huraganu Brenny, i chociaż początkowo zdawał się jej sporo młodszy, tak teraz przypomniała sobie, że chyba był tylko rok niżej, na pewno widziała go kiedyś, jak przybiegła odebrać Norę z zielarstwa, więc miał z piętnaście, szesnaście lat. A to oznaczało, że mógł poczuć się podwójnie urażony takim potraktowaniem. Zamiast zabrać się więc do pozbywania ziemi z jego twarzy osobiście, podała mu w końcu chusteczkę, jeżeli zechciał z niej skorzystać. Bo przecież mógł mieć jej trochę za złe ten upadek, ba, kto wie, mógł nawet uznać go za jakiś zamach na Ślizgonów!
- Jakbyś grał w quidditcha i zleciał z miotły w deszczowy dzień - przyznała uczciwie, gdy spytał, jak wygląda, po czym wzięła się za zbieranie jego notatek. Pośpiesznie, bo jak nic trzeba było go odprowadzić do skrzydła szpitalnego, ale nie chciała zostawiać tu jego rzeczy, skoro tak wspaniałe chłopaka urządziła... - Chociaż w tym przypadku spadnięto na ciebie. I dobrze, że to błoto tu było, jak upada się na suchą glebę, dużo bardziej boli. Jeszcze raz przepraszam. Nie planowałam żadnych niecnych zamachów. Nie niecnych zamachów też nie, dodam tak dla jasności. W ogóle żadnych zamachów - oświadczyła, po czym wyciągnęła różdżkę, mruknęła zaklęcie - niewerbalne wciąż dopiero trenowała, a tu nie chciała się pomylić... - i osuszyła pierwszą stronę notatek.
- Nie wiem. Coś cię boli tak, jakby cię krojono żywcem od środka? - zapytała, kiedy spytał jej, czy się nie połamał, jakby mogła znać odpowiedź! Wprawdzie wstępna ocena sytuacji wskazywała na to, że żadna z jego kończyn nie sterczała w podejrzanym kierunku, nie widziała kości wystających z ran, a Ślizgon nawet zdołał podnieść się na rękach bez zwijania się z bólu i potem przesunąć, więc prawdopodobnie był względnie cały... ale nie mogła mieć pewności w tym względzie. W końcu kto wie, czy nie decydował tutaj szok? Może jednak jakaś kość pękła? - Przepraszam, naprawdę przepraszam, wchodziłam na tę szklarnię już kilka razy, nie myślałam, że dzisiaj będzie taka śliska, obiecuję więcej na ciebie nie spadać - przyrzekła solennie, chociaż taka obietnica zapewne mogła brzmieć w czyichś uszach dużo dziwniej niż jej się wydawało.
Zresztą, Brenna na tym nie poprzestała.
- Pokaż głowę - zażądała, nie bacząc na to, jak to brzmi i że właściwie chłopak ma pełne prawo wyzwać ją od wariatek, odepchnąć albo zacząć nawet ją wyzywać, bo to ona spowodowała ewentualne obrażenia. Tak, mógł to zrobić. I pewnie przyjęłaby to spokojnie. Ale taka wizja nie powstrzymała jej przed próbami obejrzenia jego czoła, by upewnić się, że to nie jest rozbite, nie ma żadnych guzów ani wgłębień. Bo co, jeśli uszkodziła mu głowę i to przez to widział pięć palców? Chociaż... skoro widział pięć palców, brak widocznych obrażeń o niczym nie świadczył, może stało się coś niewidocznego gołym okiem? Nie była pewna, czy ma się zamartwiać, czy wręcz przeciwnie, skoro nie dostrzegała żadnych ran ani złamań.
Kiedy tak przejął się wyglądem, a Brenna wreszcie odnotowała, ze twarz miał w błocie, wpakowała dłoń do kieszeni i wyciągnęła chusteczkę - czystą i całkiem dużą. Zrobiła nawet taki ruch, jakby miała zamiar osobiście wytrzeć mu błoto z nosa, ale na całe szczęście, zreflektowała się w porę i zamarła. To nie był ktoś, kogo dobrze znała, kto przywykł do Huraganu Brenny, i chociaż początkowo zdawał się jej sporo młodszy, tak teraz przypomniała sobie, że chyba był tylko rok niżej, na pewno widziała go kiedyś, jak przybiegła odebrać Norę z zielarstwa, więc miał z piętnaście, szesnaście lat. A to oznaczało, że mógł poczuć się podwójnie urażony takim potraktowaniem. Zamiast zabrać się więc do pozbywania ziemi z jego twarzy osobiście, podała mu w końcu chusteczkę, jeżeli zechciał z niej skorzystać. Bo przecież mógł mieć jej trochę za złe ten upadek, ba, kto wie, mógł nawet uznać go za jakiś zamach na Ślizgonów!
- Jakbyś grał w quidditcha i zleciał z miotły w deszczowy dzień - przyznała uczciwie, gdy spytał, jak wygląda, po czym wzięła się za zbieranie jego notatek. Pośpiesznie, bo jak nic trzeba było go odprowadzić do skrzydła szpitalnego, ale nie chciała zostawiać tu jego rzeczy, skoro tak wspaniałe chłopaka urządziła... - Chociaż w tym przypadku spadnięto na ciebie. I dobrze, że to błoto tu było, jak upada się na suchą glebę, dużo bardziej boli. Jeszcze raz przepraszam. Nie planowałam żadnych niecnych zamachów. Nie niecnych zamachów też nie, dodam tak dla jasności. W ogóle żadnych zamachów - oświadczyła, po czym wyciągnęła różdżkę, mruknęła zaklęcie - niewerbalne wciąż dopiero trenowała, a tu nie chciała się pomylić... - i osuszyła pierwszą stronę notatek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.