30.07.2023, 10:32 ✶
– Czekają nas ciężkie czasy. Ostatnie dwa lata… to była dopiero przygrywka – powiedziała Brenna cicho. Jeszcze parę dni temu wydawałoby się jej to niemożliwe. Tyle śmierci, tak wiele rozpaczy i strachu. Zniszczone mieszkanie Thomasa, ciało Christie, dom płonący w Dolinie Godryka, Annie musząca porzucić całe swoje życie… różne drobiazgi stawały jej przed oczami, rzeczy, które były straszne, niewyobrażalne, a teraz…
Teraz wiedziała, że to był tylko początek. Prawdziwa eskalacja rozpoczęła się podczas Beltane. A moc, którą zdobył Voldemort, mogła wkrótce ich zalać.
Nie oznaczało to jednak, że Brenna miała zamiar się poddać.
– Przez jakieś pięć minut miałam pomysł, by ubiegać się o posadę OPCM. Na rok, bo po tym czasie pewnie albo sama bym odeszła, albo uległa dziwnemu wypadkowi – przyznała, uśmiechając się do niego, odrobinę krzywo, bo wciąż myślami była przy rozmowie o Beltane, Voldemorcie i śmierciożercach. – Ale uznałam, że nie dałabym rady. Nie tyle uczyć, ile być odpowiedzialną za uczniów dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Poza tym, chociaż kocham Hogwart, zbyt wielu ludzi jest po za nim.
Kiedy chodziła do szkoły, w jej murach zawsze był ktoś z jej rodzeństwa – tego prawdziwego, tego prawie prawdziwego (bo ciotecznego lub stryjecznego) albo tego przyszywanego. Miała tam przyjaciół na wyciągnięcie ręki. A teraz? Byliby tylko uczniowie i nauczyciele, a odwiedzić kogoś znajomego czy dom mogłaby w najlepszym wypadku raz w tygodniu w sobotę, kiedy część uczniów była w Hogsmeade.
Poza tym chyba nie umiałaby być taka, jak ci nauczyciele, którzy spędzali w szkole całe życie, oddając je Hogwartowi.
– Dlatego trochę was podziwiam – dokończyła, opuszczając różdżkę. Zrobili chyba oboje już wszystko, co się dało za pomocą magii. Pomieszczenie wyglądało już znacznie lepiej, chociaż miała wrażenie, że aby doprowadzić je do ładu, potrzebowaliby prawdziwego specjalisty. – Hm… wydaje mi się, że zniszczenia nie są takie wielkie i to nie powinno kosztować majątku, ale na twoim miejscu poczekałabym tydzień albo dwa. W tej chwili po wichurze w Dolinie dużo osób przeprowadza szybkie remonty, więc ceny skoczyły w górę.
Ludzie nie chcieli czekać, bo tu mieszkali. Brenna nie chciała mówić tego głośno, ale dom Trelawneyów był tak długo opuszczony, że dwa czy trzy tygodnie nie zrobią różnicy, a Tancred zaoszczędzi, jeśli poczeka.
Brenna rozejrzała się jeszcze raz po wnętrzu, po czym schowała różdżkę z powrotem do kieszeni.
– Muszę się zbierać, zanim wyślą za mną ekipę poszukiwawczą – powiedziała. Zwykle nikogo nie dziwiło, że znikała na długie godziny, ale teraz wszyscy mieli dużo pracy, a w dodatku matka stała się nerwowa. Elisa zdawała się ciągle przeliczać swoje stadko, i upewniać, że nikomu nic nie grozi. – Daj znać, jeżeli wpadniecie znowu do Doliny, ty albo twoje rodzeństwo – poprosiła, skinęła mu głową i ruszyła do wyjścia.
Teraz wiedziała, że to był tylko początek. Prawdziwa eskalacja rozpoczęła się podczas Beltane. A moc, którą zdobył Voldemort, mogła wkrótce ich zalać.
Nie oznaczało to jednak, że Brenna miała zamiar się poddać.
– Przez jakieś pięć minut miałam pomysł, by ubiegać się o posadę OPCM. Na rok, bo po tym czasie pewnie albo sama bym odeszła, albo uległa dziwnemu wypadkowi – przyznała, uśmiechając się do niego, odrobinę krzywo, bo wciąż myślami była przy rozmowie o Beltane, Voldemorcie i śmierciożercach. – Ale uznałam, że nie dałabym rady. Nie tyle uczyć, ile być odpowiedzialną za uczniów dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Poza tym, chociaż kocham Hogwart, zbyt wielu ludzi jest po za nim.
Kiedy chodziła do szkoły, w jej murach zawsze był ktoś z jej rodzeństwa – tego prawdziwego, tego prawie prawdziwego (bo ciotecznego lub stryjecznego) albo tego przyszywanego. Miała tam przyjaciół na wyciągnięcie ręki. A teraz? Byliby tylko uczniowie i nauczyciele, a odwiedzić kogoś znajomego czy dom mogłaby w najlepszym wypadku raz w tygodniu w sobotę, kiedy część uczniów była w Hogsmeade.
Poza tym chyba nie umiałaby być taka, jak ci nauczyciele, którzy spędzali w szkole całe życie, oddając je Hogwartowi.
– Dlatego trochę was podziwiam – dokończyła, opuszczając różdżkę. Zrobili chyba oboje już wszystko, co się dało za pomocą magii. Pomieszczenie wyglądało już znacznie lepiej, chociaż miała wrażenie, że aby doprowadzić je do ładu, potrzebowaliby prawdziwego specjalisty. – Hm… wydaje mi się, że zniszczenia nie są takie wielkie i to nie powinno kosztować majątku, ale na twoim miejscu poczekałabym tydzień albo dwa. W tej chwili po wichurze w Dolinie dużo osób przeprowadza szybkie remonty, więc ceny skoczyły w górę.
Ludzie nie chcieli czekać, bo tu mieszkali. Brenna nie chciała mówić tego głośno, ale dom Trelawneyów był tak długo opuszczony, że dwa czy trzy tygodnie nie zrobią różnicy, a Tancred zaoszczędzi, jeśli poczeka.
Brenna rozejrzała się jeszcze raz po wnętrzu, po czym schowała różdżkę z powrotem do kieszeni.
– Muszę się zbierać, zanim wyślą za mną ekipę poszukiwawczą – powiedziała. Zwykle nikogo nie dziwiło, że znikała na długie godziny, ale teraz wszyscy mieli dużo pracy, a w dodatku matka stała się nerwowa. Elisa zdawała się ciągle przeliczać swoje stadko, i upewniać, że nikomu nic nie grozi. – Daj znać, jeżeli wpadniecie znowu do Doliny, ty albo twoje rodzeństwo – poprosiła, skinęła mu głową i ruszyła do wyjścia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.