30.07.2023, 12:49 ✶
- Och, oczywiście, że to festiwal. Ale właśnie o to chodzi. Zwykle, by na takim się wystawić, potrzebujesz pozwolenia oraz odpowiedniej opłaty. I większość sprzedawców je ma. Ale są osoby, które korzystają z tego, ile jest osób, i że to rzadko jest sprawdzane, i po prostu rozstawiają niewielkie stragany obok, sprzedając na przykład kwiaty z ogródka i tak dalej. Bez zgody, bez opłaty dla organizatorów. I zwykle to nie jest prawdziwy problem, ale dziś jakoś zrobiło się ich więcej – wyjaśniła Brenna. I była wściekle pewna, że gdyby miała na sobie mundur Brygadzistki, ten i ów na jej widok mógłby zgarnąć rzeczy i rzucić się do ucieczki. Zwłaszcza ci ze straganu, na którym leżały rzeczy wyglądające jak nowości Rosierów, a że Brenna miała w szafie jedną szatę z tej kolekcji, była pewna, że to podróbki.
– Obawiam się, że tam, gdzie idę to niemożliwe – stwierdziła, raczej rozbawiona niż rozzłoszczona ideą pojawienia się obok tego kolorowego ptaka w mieszkaniu przy Horyzontalnej dziewczyny, którą miała nadzieję przesłuchać w sprawie Williama Watchera. Zresztą, Brenna wcale nie wierzyła, że to wróżba sama w sobie ściągała jej kłopoty na głowę. W ogóle nie wierzyła w takie wróżby, na pewno nie w ciasteczkach: brała to wszystko raczej za…
-…lub dziwaczny zbieg okoliczności – odparła odnośnie tego ostrzeżenia. – Chyba niezbyt wierzę we wróżby, przynajmniej nie w te z ciasteczek szczęścia.
Gdy Lovegood chciał sięgnąć ku dłoni, w której trzymała różdżkę, Brenna jednak dość stanowczo zablokowała go drugą ręką. Nie agresywnie, nie tak, by zrobić mu krzywdę, ale by uniemożliwić dotknięcie ręki i co za tym idzie różdżki.
Nie miała zamiaru zrobić krzywdy ani temu, kto sprawił jej kąpiel, ani jemu, ani sobie. Ale była Brygadzistką, Longbottomówną i przy okazji członkinią Zakonu. Pakowała się w tarapaty średnio trzy razy w tygodniu, miała lekką paranoję i nigdy nie pozwoliłaby, aby ktoś obcy zyskał tak doskonałą okazję do jej rozbrojenia. I akurat czas reakcji w takich sytuacjach miała całkiem niezły, wyrobiony tymi wszystkimi okazjami, gdy zareagowała za wolno i na przykład zleciała ze schodów albo walnęła o ścianę.
– Bez obaw, nie mam zamiaru nikogo zabijać za to, że skąpał mnie wodą – powiedziała bardzo łagodnie, posyłając mu przy tym uspokajający uśmiech, jakby chciała nieco złagodzić efekt tego, w jaki sposób zareagowała. Sama wsunęła różdżkę z powrotem do kieszeni. Początkowo zamierzała użyć jej, by się osuszyć, ale zdecydowała się na jej schowanie, by przypadkiem go nie straszyć, że ma złe zamiary. – Magia bezróżdżkowa? Nieźle – rzuciła, unosząc lekko brwi, kiedy machnął różdżką i otoczył ją powiew ciepłego powietrza. Może nie doprowadziło ją to do porządku całkiem, ale chociaż marynarka i włosy częściowo wyschły. Brennę naszła myśl, że to już trzeci raz w ciągu miesiąca, gdy wymagała suszenia.
– Dziękuję za pomoc – stwierdziła, po czym gdy już czar zadziałał, zdjęła szatę, by mu ją oddać. – A teraz muszę biec dalej. Dla pana lepiej, żeby moje drobne kłopoty nie stały się jego udziałem, a ja mam tu coś do załatwienia – powiedziała z uśmiechem, zastanawiając się, czy te drobne kłopoty nie zadziałają tak, że te sprawy strasznie się skomplikują. Ale tym bardziej nie chciała wciągać w coś takiego przypadkowego przechodnia.
– Życzę miłego dnia! – dodała, po czym ruszyła do jednej z pobliskich kamienic.
– Obawiam się, że tam, gdzie idę to niemożliwe – stwierdziła, raczej rozbawiona niż rozzłoszczona ideą pojawienia się obok tego kolorowego ptaka w mieszkaniu przy Horyzontalnej dziewczyny, którą miała nadzieję przesłuchać w sprawie Williama Watchera. Zresztą, Brenna wcale nie wierzyła, że to wróżba sama w sobie ściągała jej kłopoty na głowę. W ogóle nie wierzyła w takie wróżby, na pewno nie w ciasteczkach: brała to wszystko raczej za…
-…lub dziwaczny zbieg okoliczności – odparła odnośnie tego ostrzeżenia. – Chyba niezbyt wierzę we wróżby, przynajmniej nie w te z ciasteczek szczęścia.
Gdy Lovegood chciał sięgnąć ku dłoni, w której trzymała różdżkę, Brenna jednak dość stanowczo zablokowała go drugą ręką. Nie agresywnie, nie tak, by zrobić mu krzywdę, ale by uniemożliwić dotknięcie ręki i co za tym idzie różdżki.
Nie miała zamiaru zrobić krzywdy ani temu, kto sprawił jej kąpiel, ani jemu, ani sobie. Ale była Brygadzistką, Longbottomówną i przy okazji członkinią Zakonu. Pakowała się w tarapaty średnio trzy razy w tygodniu, miała lekką paranoję i nigdy nie pozwoliłaby, aby ktoś obcy zyskał tak doskonałą okazję do jej rozbrojenia. I akurat czas reakcji w takich sytuacjach miała całkiem niezły, wyrobiony tymi wszystkimi okazjami, gdy zareagowała za wolno i na przykład zleciała ze schodów albo walnęła o ścianę.
– Bez obaw, nie mam zamiaru nikogo zabijać za to, że skąpał mnie wodą – powiedziała bardzo łagodnie, posyłając mu przy tym uspokajający uśmiech, jakby chciała nieco złagodzić efekt tego, w jaki sposób zareagowała. Sama wsunęła różdżkę z powrotem do kieszeni. Początkowo zamierzała użyć jej, by się osuszyć, ale zdecydowała się na jej schowanie, by przypadkiem go nie straszyć, że ma złe zamiary. – Magia bezróżdżkowa? Nieźle – rzuciła, unosząc lekko brwi, kiedy machnął różdżką i otoczył ją powiew ciepłego powietrza. Może nie doprowadziło ją to do porządku całkiem, ale chociaż marynarka i włosy częściowo wyschły. Brennę naszła myśl, że to już trzeci raz w ciągu miesiąca, gdy wymagała suszenia.
– Dziękuję za pomoc – stwierdziła, po czym gdy już czar zadziałał, zdjęła szatę, by mu ją oddać. – A teraz muszę biec dalej. Dla pana lepiej, żeby moje drobne kłopoty nie stały się jego udziałem, a ja mam tu coś do załatwienia – powiedziała z uśmiechem, zastanawiając się, czy te drobne kłopoty nie zadziałają tak, że te sprawy strasznie się skomplikują. Ale tym bardziej nie chciała wciągać w coś takiego przypadkowego przechodnia.
– Życzę miłego dnia! – dodała, po czym ruszyła do jednej z pobliskich kamienic.
Postać opuszcza sesję
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.