Brew mu zadrgała z lekką irytacją na propozycję lądowania. You just struck a nerve. - To nie będzie konieczne. - Odpowiedział beznamiętnie, choć żeby wykrzesać z siebie tą beznamiętność, musiał mocno trzymać zaciśnięte sznurami emocje i je polakierowanym butem przyszpilić, żeby siedziały cicho. Na to pełne profeszyn zapewnienie ze strony blondyna, powoli obrócił głowę w kierunku Prevetta z miną pt. "Jakoś ci kuźwa nie wierzę...", ale nie odezwał się, swoje wątpliwości zachowując dla siebie. Obserwował jedynie jak ten z pełnym zadowoleniem się uśmiecha i próbuje jakoś zreflektować i tu już połączył kropeczki, że ten zryw to jednak chyba nie był taki niewinny jak na początku zakładał. Był tak samo niewinny jak ten anielski uśmiech. Zamiast się jednak złościć i prychać jak obrażony kocur, któremu ktoś wodę na łeb wylał, to mruknął jedynie krótkie "Mhmm...". Kącik ust mu zadrgał. Złośliwy treser diabłów... Kayden musiał odwrócić wzrok, bo nie mógł powstrzymać skrzywionego uśmiechu.
Lot się wyrównał, wyrównał się również rytm w jego klatce piersiowej. Uspokoił się nieco i przestał spinać mięśnie, a nawet odchylił się na siedzeniu i splótł ręce na piersi. Jedynie noga mu lekko majtała w górę i w dół, jakby musiał jakoś odreagować stres.
Zadowolony... No, w pewnym stopniu była to odpowiedź twierdząca, a jak już dodał, że pasja, to nie było tu za wiele miejsca na wątpliwości. Skinął więc głową na znak, że rozumie i nie pytał o nic więcej, bo w sumie nie wypada. Nie chciał być impertynencki... Szczególnie nie w obecnej sytuacji... żeby się nie okazało, że sam będzie potrzebował leków z pokątnej.
- Jestem archeologiem... - Oznajmił, skupiając swoją uwagę na rozmówcy. - Więc doskonale rozumiem jak podróż może skutecznie odegnać nudę. Szczególnie jak się ma latające konie ze sobą. - Zapewne dla kogoś, kto zwierzęta lubił i nie przeszkadzała mu wysokość, taka praca rzeczywiście mogła sprawiać niemałą przyjemność. Nawet frajdę, jeśli było się wystarczająco odważnym, żeby chcieć poczuć krążącą adrenalinę. Kaydena aż kusiło, żeby o to zapytać, ale ugryzł się w język. Boleśnie, bo jednak człowiekiem był dość ciekawskim, ale nosa wtryniać nie chciał tam gdzie nie trzeba. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby nie lęk wysokości, to perspektywa takiej rozrywki byłaby wystarczająco kusząca, żeby spróbował. Wszystko, tylko żeby nie popaść w marazm. - Nie jest to praca przypisana do nazwiska, ale nie usiedziałbym w jednym miejscu, produkując eliksiry. - Oznajmił, bo nie przeszkadzała mu szczerość dotycząca swojego zawodu. Czy też do pewnego stopnia, rodziny. - Poza tym, wystarczająco dużo Delacourów obejmuje stanowiska wytwórców win i mikstur... - Wykrzywił wargi w czarującym, figlarnym uśmiechu. - Musi być gdzieś jakaś szara owca w stadzie. - Szara, nie czarna, bo za czarną owcę się nie uważał. Czarną by był, gdyby zajął się czymś błachym, jak zwyczajną pracą w księgarni czy pubie. Archeolog był jednak w jego mniemaniu dumnym stanowiskiem, szczególnie, jak się miało bliskiego członka rodziny na samym szczycie. Zresztą jego matka także się wyłamała z prostej linii. Ważne, żeby odnosić sukcesy i dobrze zarabiać. Albo być celebrytą...
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)