— Wierzę, że Pan i panu podobni czerpiecie skądś tę mistyczną wiedzę — odparował. — Moje obiekcje wywodzą się z tego, że przepowiednie nie zawsze są trafne i konkretne. Zapewne eksperci wyśmialiby mnie za to, że chciałbym poznać dokładne okoliczności przepowiedni, datę, miejsce i osoby zaangażowane w jej wypełnienie, jednak... Tak. Chciałbym, żeby tak wyglądało wróżenie.
Wydął lekko dolną wargę. Musiał brzmieć, jak mały chłopiec, który wszystko chciałby mieć „na już”, jednak ciężko było mu się powstrzymać. To nie tak, że nie miał ani krzty szacunku dla osób parających się tym zawodem. Umiejętności Brenny wcale nie były takie znowuż odmienne, a na własnej skórze przekonał się, że potrafiły być pomocne.
Przyszłość była jednak nieco inna, niż przeszłość. Mniej ukształtowana. Niektóre drogi mogły być wyznaczone od dawna, innych nawet jeszcze nie było w planie, a jeszcze inne drastycznie zmieniały swój bieg. Zrozumienie jakiejkolwiek wizji w takich warunkach nie było łatwym zadaniem.
— I niesie to ze sobą równie tyle złego, co i dobrego? — spytał, wodząc wzrokiem na swym gospodarzem. — Dobrze być świadomym własnej wartości. To zapewne pozwala na bardziej obiektywne postrzeganie świata. — Mrugnął porozumiewawczo do Vakela. — Przynajmniej w większości przypadków.
Tak długo, jak nie zaślepia kogoś ambicja i arogancja, dokończył w myślach Erik, powstrzymując się jednak od wypowiedzenia tych słów na głos. Nie chciał być tylko cichym uczestnikiem tej rozmowy. Musiał wziąć w niej aktywny udział, jeśli chciał wyciągnąć z tego spotkania cokolwiek konstruktywnego. Odkrywanie samego siebie było wprawdzie nęcące, jednak samorealizacja nie była taka prosta, gdy wiszą nad tobą burzowe chmury.
Poza tym nie chciał pozwolić, aby Dolohov wyłożył mu wszystko na tacy i wyjaśnił, że jeśli nie zrobi wszystkiego według jego założeń, to wyjdzie stąd z niczym. W sumie, przed przyjściem tutaj miał niewiele więcej w kwestii informacji odnośnie do wydarzeń na Beltane, więc czy była to duża różnica? Równie dobrze mógł nieco zaryzykować i zaangażować się w tę grę słowną.
— Obietnica odniesienia kolejnych obrażeń? — Uniósł pytająco brew, upijając nieco płynu z filiżanki. — Nie przeczę, zapewne doceniłbym i taką informację, jednak w obecnych okolicznościach zależałoby mi na czymś konkretniejszym. Pytanie, czy ta konkretna ścieżka naszej przyszłości już się ukształtowała.
Rozejrzał się po gabinecie, licząc, że tą zaczepką zachęci wróżbitę do tego, aby zdradził mu nieco więcej na temat swoich praktyk. Na pytanie o Limbo nieco się spiął, wciskając się mocniej plecami w fotel, jakby chciał w ten sposób ukryć swą reakcję. Zmrużył oczy. Czy na tym mu zależało najbardziej? Chciał się dowiedzieć, jaki związek miały wydarzenia z początku maja z krainą duchów?
— Nie — mruknął niechętnie. — Spojrzałem jedynie w płomienie magicznych ognisk.
Może nie umywało się to do tymczasowych odwiedzin w innym wymiarze, jednak sam też swoje przeżył. Mimowolnie wrócił myślami do Polany Ognisk, walki, próby odnalezienia siebie nawzajem i siły żywiołu, który objął w swe władanie Knieję, jakby pragnął się ich wszystkich pozbyć. Dopił resztki herbaty, przeskakując wzrokiem na asystenta Vakela, który dołączył do ich grona.
— Przelotnie. Podczas ostatniej wizyty — przyznał, skinąwszy mu wcześniej głową. — Aczkolwiek niezbyt dogłębnie. — Zajrzał do swojej filiżanki, a gdy zdał sobie sprawę, że na dnie oprócz fusów było już tylko kilka zagubionych kropli herbaty, przekazał naczynie Dolohovowi. — Proszę.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞