Ururu był królem dyskomfortu, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy. Pokiwał głową. Oczywiście, że poczeka, a co ma robić?
Gdy Avelina odeszła, rzucił na drzwi zaklęcie zamykające. Dzięki temu będzie bezpiecznie. Panna Paxton myślała, że z Ururu jak z psem. I o ile to podejście było bardzo dobre, to niestety ten tu wymagał bardziej szczegółowych instrukcji. Bo po upewnieniu się, że wszystko zostało zabezpieczone, ruszył na zaplecze. Potrafił się poruszać bezszelestnie. Stał tak chwilę za Aveliną, ale po chwili przypomniał sobie coś bardzo ważnego. Wrócił do apteki i rozłożył swój notatnik na ladzie. Miał pewną istotną sprawę do rozważenia.
Wciągnął się tak bardzo, że stracił poczucie czasu. Avelina wyrwała go z głębokiego zamyślenia. Aż zdziwił się, że nie jest u siebie, tylko w aptece.
Nabrał powietrza z ekscytacji po pierwszych słowach czarownicy. Czyli jednak. Już chciał o coś spytać, gdy padło słowo klucz.
Ghoule.
Trybiki w umyśle Marqueza momentalnie zwolniły. Wbił w Avelinę spojrzenie zbitego psa. Wyglądał, jakby ktoś mu właśnie napluł w twarz. A to on sam sobie tak uczynił.
Rozważał wampiry. Ale już pierwszymi minutami po obudzeniu obalał tą hipotezę — wciąż lubił się ze słońcem. Rozważał więc masę innych rzeczy, ale z jakiegoś powodu, zupełnie pominął ghoule.
Czy to był brakujący kawałek układanki?
Wciąż gapił się na Avelinę, jakby duch z niego uleciał. Czyli, być może, tak jak zawsze, odkąd ją znał.