Ach, duma! Delikatne nerwy szlachetnych mężczyzn, którzy przypominali rycerzy w swoich zbrojach. Czy szlachetnych rycerzy to już niekoniecznie, ale na pewno oni się tak poczuwali. Nie mogli wypaść słabo przed innymi, bo inaczej umknie ich męskość. Penis im się magicznie skróci. Laurent to krytykował, ale jednocześnie to rozumiał. Sam przecież starał się zachować swoją męska dumę, chociaż do archetypu rycerza to było mu bardzo daleko. Nie był nawet zbyt odważny. Nie uważał, że blisko mu do szlachetności. Był jakimś dziwnym kurwidołkiem, któremu przyszło kroczyć między męskimi samcami alfa, którzy lubili chełpić się czystością krwi. Zupełnie, jakby po przekrojeniu żył miała się stać błękitna. Niespodzianka - nie stawała. Tak więc mimo niemej uwagi na temat zmniejszającego się przyrodzenia nie wyszło nic do świata zewnętrznego. Powstrzymał nawet westchnięcie, bo tak po prawdzie jeśli miał kłopoty z oddychaniem (a ewidentnie przez chwilę z tym problem był) to naprawdę powinni się byli zatrzymać. I w sumie Laurent by to zrobił, gdyby to nie przeszło. Mógł wpaść w panikę, dostać palpitacji, czy cokolwiek takiego. Różne bywały reakcje, a Laurent już kilka widział na własne oczy. To było niebezpieczne dla niego, dla Kaydena i dla zwierząt też. Czy kogoś zdziwi, jeśli powiem, że największą tragedią było, że stwarzali zagrożenie dla zwierząt? Kayden walczył o swoją dumę - niech walczy. Dobrze. Nie zamierzał mu tego chwilowo zanadto utrudniać. W końcu to był obcy mężczyzna, lepiej było nie przeciągać struny, a już i tak sobie pofolgował chyba bardziej, niż powinien.
- Wyczuwam wątpliwości. - Jemu też drgnęły kąciki ust, ale to w serdecznym rozbawieniu. Morskie oczy aż błysnęły. Nie zamierzał tykać dalej kwestii lądowania i tego, że mężczyzna panikuje - to akurat z czysto profesjonalnej postawy, rzecz jasna. Spoglądał w dół, na piękne widoki. Lubił latać. Tak, kochał latać. Tylko on, abraksany i daleki świat pod nimi. Rozumiał też jednak, dlaczego można się tego bać. To było poczucie... braku kontroli. Boisz się bezwładności? To takie naturalne i proste pytanie, które pojawiało się w głowie, kiedy patrzyłeś na dół i myślałeś: skoczę. Fantazjowanie o tym locie, o bezwładzie, niektórych przerażała, a innych podkręcała. Kayden miał rację - w poszukiwaniu adrenaliny można było zajść bardzo daleko. Laurent dość często szukał doznań. Kolorowych przecięć życia, żeby się po prostu zapomnieć. Oddać czemuś żywiołowemu. Przestać kontrolować - i pozwolić innym kontrolować siebie. Oderwał wzrok od widoku w dole, nad którym wręcz się pochylał w swoim zastanowieniu, kiedy dawał czas Kaydenowi na to, żeby ten oddech złapał, żeby znalazł swoją "płaskość", żeby znów się kontrolował. Pewnie nie uda się to do czasu wylądowania. Ale kiedy padły słowa o tych latających koniach to prychnął krótkim śmiechem.
- Cieszę się, że mogłem w takim razie przegonić pańską nudę. - Kto by pomyślał, że wędrując na pobojowisko po Beltane można się nudzić? Laurent uważał, że nie o to chodziło (nawet nie wiedział w zasadzie, jak blisko prawdy był), ale tak to zabrzmiało w kategorii ich spotkania. Bo przecież rozmawiali o całkowitym ogóle, o pracy, o wyjazdach... lotach. Bardzo neutralne tematy i bardzo ogólne. Tak wypadało. Wciskanie nosa w sprawy osobiste czasami zaczynało zbierać swoje żniwo w skutkach. Przy Laurencie zbierało zawsze - w zależności od tego, z kim miał do czynienia i co ta druga strona miała mu do zaoferowania. Słyszał to już nie raz od innych - że jest śliski. Zupełnie jak Wąż. - Powinien pan w takim razie zażywać takiej rozrywki częściej. Serdecznie zapraszam do New Forest, znajdzie się odpowiedni rumak dla pana. - Zaczepił z rozbawieniem. Tylko może bardziej przyziemnie. - Będziemy lądować, panie Delacour. Będę delikatny. - Teraz nawet Laurent nie ukrył psotliwego uśmiechu, kiedy to powiedział. Ale rzeczywiście - pokierował konie tak, żeby zlot w dół był najmniej odczuwalny. Dlatego też zaczął zlatywać o wiele wcześniej na Pokątną. - W takim razie musi mieć pan piwniczki pełne wiekowego wina. Wspaniały dodatek do pracy. Największa tragedia, kiedy jedna kropla wina splami jakiś pergamin. - Wszędzie był alkohol. Gdzie by się nie pojawił mężczyźni palili cygara, albo popularne papierosy, pili whiskey czy rum. Albo wino. Zawsze. W każdym towarzystwie. Męczyło go to. Męczyło go, bo nie miał głowy do picia - jak każda Selkia. A że miał wątpliwą przyjemność być aż w połowie syreną, to jego odporność na alkohol nie istniała. - Wyjątki istnieją po to, żeby kompromitować regułę. - Odparł bez zająknięcia na tą szarą owcę.