30.07.2023, 20:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2023, 20:43 przez Brenna Longbottom.)
- Dach szklarni - podsunęła Brenna usłużnie, dokonując oględzin blond czupryny, a potem jeszcze czoła, tak dla pewności. Na całe szczęście, nie znalazła żadnej krwi, żadnych siniaków większych niż "przeciętne" (w jej ocenie), żadnych wgłębień ani krwiaków. Jego panika narastała, jej własna za to trochę opadała, bo doszła do wniosku, że jednak nikogo nie zabiła i chyba nie zrobiła mu żadnej nieodwracalnej krzywdy. Gdy znów się odezwała, mówiła dużo, choć już odrobinę wolniej i spokojniej niż moment temu. - Chyba jednak nie jesteś połamany. To trudno przegapić. Chyba że złamiesz palec, to wtedy czasem się wydaje, że wszystko w porządku, ale i tak sinieje, a ty nie siniejesz... Z głową chyba wszystko w porządku. Widzisz ostro?
Jej samej absolutnie nie poruszało, że znaleźli się blisko siebie. Brenna podchodziła do kontaktów z płcią przeciwną zaskakująco beztrosko, być może dlatego, że zawsze włóczyła się z kolegami równie często jak z koleżankami. Tacy Theseus czy Castiel z dużym prawdopodobieństwem byliby nawet zaskoczeni, gdyby odkryli, że jest dziewczyną. W dodatku jakoś - może przez zachowanie, a może wygląd, którego nie powstydziłby się aniołek - nie mogła wybić sobie z głowy, że chłopak jest dużo młodszy od niej, chociaż dzielił ich raptem rok różnicy wieku.
- A... tak... - Kiedy poskarżył się na ubłoconą chusteczkę, Brenna po prostu znowu ją przejęła. Stuknęła w nią różdżką, szepcąc najpierw tergeo, a potem engorgio i większość błota została jakby wyssana przez różdżkę, a potem chustka zaczęła... rosnąć. Rosła i rosła, a Brenna przerwała zaklęcie, kiedy ta osiągnęła rozmiary niedużego obrusu. Z całkiem dobrego materiału, haftowaną w dodatku w rogu, ale Brennie najwyraźniej nie przeszkadzało, że ta zostanie utytłana. Podała mu ją z powrotem bez chwili wahania. Wolała nie używać czarów bezpośrednio na jego twarzy, tak na wszelki wypadek.
- Jesteś Prewett, co? - stwierdziła, kiedy wreszcie się mu lepiej przyjrzała. - Chyba widziałam cię rok temu, w lipcu, na przyjęciu po wyścigach konnych. Pewnie by nas sobie przedstawili, ale tak się tam znudziłam, że szybko wyszłam oknem.
Mama potem jej omal nie zabiła. Brenna wysłuchała bardzo wiele o odpowiednim zachowaniu, o tym, co złego mogło je spotkać i o wciąganiu w takie poczynania w dodatku jeszcze kuzynki. (Nawet nie spytała, czyj to był pomysł. Ale ku sprawiedliwości: nie musiała.) Na swoje usprawiedliwienie, teraz pewnie by już tego nie zrobiła. Zaczynała trochę myśleć o tym, co wypada i o opinii rodziny. Odrobinkę. Troszeczkę. Czasami. Kiedy akurat nie była bardzo skupiona na myśleniu o czymś innym.
– Czemu od razu zabili? Po prostu mój brat dokładnie tak wyglądał po swoim ostatnim meczu… spadł z miotły. W błoto – wyjaśniła, wracając do osuszania kolejnych stron z notatkami.
Kiedy chłopak podniósł głos, znów przeniosła na niego spojrzenie ciemnych oczu. Nie zezłościła się o te krzyki, bo miał pełne prawo być zdenerwowany. Poza tym brzmiał prawie, jakby miał zaraz się popłakać, co tylko wzbudzało w niej większe wyrzuty sumienia: przecież jego stan to była jej wina.
– Naprawdę nie chciałam – zapewniła. – I to chyba nawet nie gryfońskie, bo wiesz, moja współlokatorka spytała mnie o to samo, to znaczy dlaczego ciągle robię takie rzeczy, a ona też jest Gryfonką, i u niej się to jakoś… nie dzieje. Nie to, żeby to zdarzało się ciągle, to znaczy nie spadanie ze szklarni. To zdarzyło się pierwszy raz. Próbowałam ściągnąć z dachu złoty znicz. Utknął w pnączach. W sumie to nawet ściągnęłam złoty znicz, ale nawiał, jak spadłam, będę musiała go znowu łapać. Wiesz, jak trudno dorwać złoty znicz, jak nie masz przy sobie miotły? – spytała jeszcze, po czym wyciągnęła w jego stronę notatki. Większość wilgoci została osuszona i chociaż jedna strona nieco się rozmyła, reszta wyglądała względnie przyzwoicie. – Chcesz odwiedzić skrzydło szpitale? Odprowadzić cię tam? – spytała, bo ostatecznie nie miała pojęcia, czy chłopak czuje się na siłach, czy potrzebuje pomocy i czy teraz, gdy już chyba względnie doszedł do siebie, nie pośle jej do wszystkich diabłów.
Jej samej absolutnie nie poruszało, że znaleźli się blisko siebie. Brenna podchodziła do kontaktów z płcią przeciwną zaskakująco beztrosko, być może dlatego, że zawsze włóczyła się z kolegami równie często jak z koleżankami. Tacy Theseus czy Castiel z dużym prawdopodobieństwem byliby nawet zaskoczeni, gdyby odkryli, że jest dziewczyną. W dodatku jakoś - może przez zachowanie, a może wygląd, którego nie powstydziłby się aniołek - nie mogła wybić sobie z głowy, że chłopak jest dużo młodszy od niej, chociaż dzielił ich raptem rok różnicy wieku.
- A... tak... - Kiedy poskarżył się na ubłoconą chusteczkę, Brenna po prostu znowu ją przejęła. Stuknęła w nią różdżką, szepcąc najpierw tergeo, a potem engorgio i większość błota została jakby wyssana przez różdżkę, a potem chustka zaczęła... rosnąć. Rosła i rosła, a Brenna przerwała zaklęcie, kiedy ta osiągnęła rozmiary niedużego obrusu. Z całkiem dobrego materiału, haftowaną w dodatku w rogu, ale Brennie najwyraźniej nie przeszkadzało, że ta zostanie utytłana. Podała mu ją z powrotem bez chwili wahania. Wolała nie używać czarów bezpośrednio na jego twarzy, tak na wszelki wypadek.
- Jesteś Prewett, co? - stwierdziła, kiedy wreszcie się mu lepiej przyjrzała. - Chyba widziałam cię rok temu, w lipcu, na przyjęciu po wyścigach konnych. Pewnie by nas sobie przedstawili, ale tak się tam znudziłam, że szybko wyszłam oknem.
Mama potem jej omal nie zabiła. Brenna wysłuchała bardzo wiele o odpowiednim zachowaniu, o tym, co złego mogło je spotkać i o wciąganiu w takie poczynania w dodatku jeszcze kuzynki. (Nawet nie spytała, czyj to był pomysł. Ale ku sprawiedliwości: nie musiała.) Na swoje usprawiedliwienie, teraz pewnie by już tego nie zrobiła. Zaczynała trochę myśleć o tym, co wypada i o opinii rodziny. Odrobinkę. Troszeczkę. Czasami. Kiedy akurat nie była bardzo skupiona na myśleniu o czymś innym.
– Czemu od razu zabili? Po prostu mój brat dokładnie tak wyglądał po swoim ostatnim meczu… spadł z miotły. W błoto – wyjaśniła, wracając do osuszania kolejnych stron z notatkami.
Kiedy chłopak podniósł głos, znów przeniosła na niego spojrzenie ciemnych oczu. Nie zezłościła się o te krzyki, bo miał pełne prawo być zdenerwowany. Poza tym brzmiał prawie, jakby miał zaraz się popłakać, co tylko wzbudzało w niej większe wyrzuty sumienia: przecież jego stan to była jej wina.
– Naprawdę nie chciałam – zapewniła. – I to chyba nawet nie gryfońskie, bo wiesz, moja współlokatorka spytała mnie o to samo, to znaczy dlaczego ciągle robię takie rzeczy, a ona też jest Gryfonką, i u niej się to jakoś… nie dzieje. Nie to, żeby to zdarzało się ciągle, to znaczy nie spadanie ze szklarni. To zdarzyło się pierwszy raz. Próbowałam ściągnąć z dachu złoty znicz. Utknął w pnączach. W sumie to nawet ściągnęłam złoty znicz, ale nawiał, jak spadłam, będę musiała go znowu łapać. Wiesz, jak trudno dorwać złoty znicz, jak nie masz przy sobie miotły? – spytała jeszcze, po czym wyciągnęła w jego stronę notatki. Większość wilgoci została osuszona i chociaż jedna strona nieco się rozmyła, reszta wyglądała względnie przyzwoicie. – Chcesz odwiedzić skrzydło szpitale? Odprowadzić cię tam? – spytała, bo ostatecznie nie miała pojęcia, czy chłopak czuje się na siłach, czy potrzebuje pomocy i czy teraz, gdy już chyba względnie doszedł do siebie, nie pośle jej do wszystkich diabłów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.