30.07.2023, 22:50 ✶
Nie tak odległa wizyta na Nokturnie w dość bolesny sposób pokazała Mavelle, że wspomnienia, jakie go niej przychodziły w najmniej spodziewanych momentach mogą wywołać wiele zamieszania. Naprawdę wiele, również i takiego, co stwarzało zagrożenie dla zdrowia i życia – nawet nie tylko jej własnego, ale i osób, z którymi właśnie była.
Dlatego też w tej chwili wychodzenie w teren było dość mało mądre, stąd też starała się jednak tak wszystko ustawić, żeby tkwić w biurze, ewentualnie, jeśli już koniecznie musiała – to żeby u jej boku była Brenna. Bądź Erik. Bo nie licząc ojca, w tej chwili to im właśnie najbardziej ufała, a i tak większość prawdy znała tylko jej kuzynka, niemalże siostra. Bo Bones potrafiła być uparta niczym osioł i nie widziała potrzeby, by otwierać się przed każdą bliską jej osobą – również i z tych względów, żeby najzwyczajniej w świecie nie martwić ich bardziej swoim stanem. Bądź, w przypadku jej ojca – nie zostać odesłaną na przymusowy urlop. Ten sam urlop, na którego pójście chyba się w końcu zdecyduje, gdy… ale nie uprzedzajmy może faktów.
Wspomnienie uderzyło z taką siłą, że niemalże dosłownie zaparło dech. To bolało. Bolało. Rozdzierało na miliony kawałków, szarpało wnętrzności, sprawiało, że oczy mimowolnie się szkliły. Że chciała, by wszystko się już po prostu skończyło, tylko musiała wytrzymać jeszcze chwilę, jeszcze trochę, żeby zabrać tego gnoja ze sobą na tamten świat. Jeszcze tylko trochę…
… nie była świadoma, jak mocno palce zaciskają się na różdżce, że Erik wyrywa jej dziecko. Miała otwarte oczy, ale nie widziała kuzyna, biura, małego Poole, niczego. Była tylko maska, ciemność, ból, strach i…
… pustka.
Zderzenie z podłogą zapewne byłoby o wiele gwałtowniejsze, gdyby nie pomocna ręka Longbottoma,przez co jedynie osunęła się na kolana spuszczając przy tym głowę i w takiej pozycji pozostała. Ale odrobina więcej bólu już nie sprawiłaby żadnej różnicy – i tak nie równałoby się to z agonią, którą przeżyła, której echa nadal czuła we własnym ciele – i które pochłaniały ją teraz bez reszty. Nic innego się nie liczyło, nie było istotne, tyko ten moment, ta przerażająca sylwetka, niemożność złapania oddechu, posmak krwi i…
… córki.
Najdroższe córki, oczka w głowie, słońca jej życia.
- To tak cholernie boli – szepnęła, drżąc – jakby z zimna. Tyle że nie ono było tu powodem, nawet jeśli wżarło się w całą istotę Mavelle, w to, kim – czym? - teraz była. A może raczej należałoby powiedzieć: zwłaszcza jeśli? Do świadomości kobiety przebił się czyjś dotyk. Czyjś? A tak, przecież była w biurze, rozmawiała z…
Powrót do rzeczywistości był trudny, tym trudniejszy, że wspomnienie naprawdę pochłonęło ją całą. Ten ból, te emocje, to… zwierzę. Różdżka potoczyła się po podłodze, a Bones w końcu podniosła półprzytomne, zaszklone spojrzenie na Erika. Wyglądało to, jakby miała się zaraz rozpłakać – i Matka jej świadkiem, że była temu bardzo, bardzo bliska.
Oraz, jednocześnie – że jednak patrzy zupełnie gdzie indziej niż na samego Erika. Bo odruchowo próbowała się wczepić w to wspomnienie. Mimo tego cholernego bólu, strachu, pragnienia, żeby się to wszystko po prostu skończyło. Bo zawierało w sobie sylwetkę tego gnoja i tyle wystarczyło, żeby próbowała przywoływać ją jeszcze raz i jeszcze, po raz kolejny i kolejny, żeby tylko wyłapać szczegóły…
Jeszcze kilka oddechów. Oddechów, podczas których w końcu przebiło się do jej świadomości, że może to naprawdę nie jest najlepsze miejsce i czas na nurkowanie w przeszłość, choćby nawet zdawało się, iż odsłaniała możliwości pochwycenia tropu. Musiała myśleć racjonalnie, ten ból nie należał do niej, ten strach również nie był jej. Nie tkwiła na Polanie Ognisk, jej gardła nie zalewała krew, znajdowała się w biurze Brygady, na oczach innych brygadzistów – jakby już było mało tego, że przyciągała uwagę samym tym, iż stała się czymś innym. W oczach pojawił się w końcu błysk świadomości.
- Pomożesz mi wstać? – wychrypiała cicho, wyszeptała bardziej. Niepewna, czy ciało nie odmówi posłuszeństwa, czy zaraz nie uderzy w nią kolejne wspomnienie. Czy w ogóle wytrzyma choć chwilę dłużej w tym miejscu.
Dlatego też w tej chwili wychodzenie w teren było dość mało mądre, stąd też starała się jednak tak wszystko ustawić, żeby tkwić w biurze, ewentualnie, jeśli już koniecznie musiała – to żeby u jej boku była Brenna. Bądź Erik. Bo nie licząc ojca, w tej chwili to im właśnie najbardziej ufała, a i tak większość prawdy znała tylko jej kuzynka, niemalże siostra. Bo Bones potrafiła być uparta niczym osioł i nie widziała potrzeby, by otwierać się przed każdą bliską jej osobą – również i z tych względów, żeby najzwyczajniej w świecie nie martwić ich bardziej swoim stanem. Bądź, w przypadku jej ojca – nie zostać odesłaną na przymusowy urlop. Ten sam urlop, na którego pójście chyba się w końcu zdecyduje, gdy… ale nie uprzedzajmy może faktów.
Wspomnienie uderzyło z taką siłą, że niemalże dosłownie zaparło dech. To bolało. Bolało. Rozdzierało na miliony kawałków, szarpało wnętrzności, sprawiało, że oczy mimowolnie się szkliły. Że chciała, by wszystko się już po prostu skończyło, tylko musiała wytrzymać jeszcze chwilę, jeszcze trochę, żeby zabrać tego gnoja ze sobą na tamten świat. Jeszcze tylko trochę…
… nie była świadoma, jak mocno palce zaciskają się na różdżce, że Erik wyrywa jej dziecko. Miała otwarte oczy, ale nie widziała kuzyna, biura, małego Poole, niczego. Była tylko maska, ciemność, ból, strach i…
… pustka.
Zderzenie z podłogą zapewne byłoby o wiele gwałtowniejsze, gdyby nie pomocna ręka Longbottoma,przez co jedynie osunęła się na kolana spuszczając przy tym głowę i w takiej pozycji pozostała. Ale odrobina więcej bólu już nie sprawiłaby żadnej różnicy – i tak nie równałoby się to z agonią, którą przeżyła, której echa nadal czuła we własnym ciele – i które pochłaniały ją teraz bez reszty. Nic innego się nie liczyło, nie było istotne, tyko ten moment, ta przerażająca sylwetka, niemożność złapania oddechu, posmak krwi i…
… córki.
Najdroższe córki, oczka w głowie, słońca jej życia.
- To tak cholernie boli – szepnęła, drżąc – jakby z zimna. Tyle że nie ono było tu powodem, nawet jeśli wżarło się w całą istotę Mavelle, w to, kim – czym? - teraz była. A może raczej należałoby powiedzieć: zwłaszcza jeśli? Do świadomości kobiety przebił się czyjś dotyk. Czyjś? A tak, przecież była w biurze, rozmawiała z…
Powrót do rzeczywistości był trudny, tym trudniejszy, że wspomnienie naprawdę pochłonęło ją całą. Ten ból, te emocje, to… zwierzę. Różdżka potoczyła się po podłodze, a Bones w końcu podniosła półprzytomne, zaszklone spojrzenie na Erika. Wyglądało to, jakby miała się zaraz rozpłakać – i Matka jej świadkiem, że była temu bardzo, bardzo bliska.
Oraz, jednocześnie – że jednak patrzy zupełnie gdzie indziej niż na samego Erika. Bo odruchowo próbowała się wczepić w to wspomnienie. Mimo tego cholernego bólu, strachu, pragnienia, żeby się to wszystko po prostu skończyło. Bo zawierało w sobie sylwetkę tego gnoja i tyle wystarczyło, żeby próbowała przywoływać ją jeszcze raz i jeszcze, po raz kolejny i kolejny, żeby tylko wyłapać szczegóły…
Jeszcze kilka oddechów. Oddechów, podczas których w końcu przebiło się do jej świadomości, że może to naprawdę nie jest najlepsze miejsce i czas na nurkowanie w przeszłość, choćby nawet zdawało się, iż odsłaniała możliwości pochwycenia tropu. Musiała myśleć racjonalnie, ten ból nie należał do niej, ten strach również nie był jej. Nie tkwiła na Polanie Ognisk, jej gardła nie zalewała krew, znajdowała się w biurze Brygady, na oczach innych brygadzistów – jakby już było mało tego, że przyciągała uwagę samym tym, iż stała się czymś innym. W oczach pojawił się w końcu błysk świadomości.
- Pomożesz mi wstać? – wychrypiała cicho, wyszeptała bardziej. Niepewna, czy ciało nie odmówi posłuszeństwa, czy zaraz nie uderzy w nią kolejne wspomnienie. Czy w ogóle wytrzyma choć chwilę dłużej w tym miejscu.