Zorientowanie się, że to Patrick przy nim przystanął, zajęło mu chwilę. Dłuższą niż by chciał. Może to stres, a może to, że był przyzwyczajony do tego, że częściej widywał go w roboczym mundurze, niż cywilnych ciuchach. Spojrzał na wieniec, aby w końcu odebrać go z rąk ich gościa.
— Dzięki za przyjście. Doceniamy wsparcie. Wszyscy — stwierdził, chowając częściowo wieniec za plecami, co by nie zajmował zbyt dużo miejsca. — Tak, jak można się tego spodziewać. — Westchnął przeciągle, drapiąc się po lewej brwi. — Lub raczej na tyle, o ile pozwalają okoliczności — wyjaśnił Patrickowi przyciszonym głosem, zerkając kątem oka na kuzynki. — Do tej pory skupiały się przede wszystkim na tym, żeby przygotować uroczystość. — Wykrzywił lekko usta. — Prawdziwa żałoba chyba dopiero się zacznie.
Na swój sposób było to niesprawiedliwe, że okoliczności zmusiły całą rodzinę do tego, aby skupić się na wszystkim, tylko nie na własnych uczuciach. Tuż po Beltane wszyscy rzucili się do pomocy, a gdy znaleziono ciało i potwierdzono w stu procentach, że był to wuj Derwin... Cóż, musieli zadbać o to, aby odprawić go zgodnie z tradycjami. Zrzucenie tej odpowiedzialności na kogoś z domu pogrzebowego, czy bezdusznego urzędnika nie wydawało się dobrym pomysłem. Dopiero gdy odprawią wszystkich gości z sadu, będą tak naprawdę mogli skonfrontować się z tym że już na zawsze stracili członka rodziny.
Erik nie rozglądał się zbytnio na boki, skupiając się przede wszystkim na tym, aby poświęcić te minimum uwagi kolejnym gościom, którzy pragnęli złożyć im kondolencje. Widok mundurów Brygady Uderzeniowej i Biura Aurorów był na swój sposób pocieszający. Szkoda, że podczas Beltane Ministerstwo nie udzieliło takiego wsparcia, pomyślał z przekąsem, odpychając jednak te przemyślenia na bok.
Tak jak przy przemowie kapłanki kowenu zdołał utrzymać względnie kamienną twarz, tak przemowa Godryka wywarła na nim ogromne wrażenie. Pomimo zaawansowanego wieku dalej miał w sobie to coś, co sprawiało, że ściągał na siebie wzrok każdego, kto znajdował się wokół. Mówi się, że żaden rodzic nie powinien grzebać własnych dzieci. Godryk znosił to nieprawdopodobnie dobrze, prezentując przed zebranymi maskę powagi, a przede wszystkim szacunku. Nie była to ckliwa przemowa, która miała uderzyć w najbardziej podstawowe emocje zebranych. Odwołał się do poczucia odpowiedzialności i wartości, jakimi wykazał się za życie Derwin. Erik wciągnął głośno powietrze do płuc.
Podjęcie decyzji nie zajęło mu dużo czasu. Szybka wymiana spojrzeć z Danielle i Bren, a już zmierzał w stronę mównicy, nieopodal obrazu wuja. Czuł, że było to coś, co powinien zrobić. Chociażby po to, aby nie wystawiać kuzynek na pierwszy strzał.
— Moi drodzy — zaczął cicho, niemalże mamrocząc pod nosem. Jego policzki oblały się czerwienią, a on sam zamarł na moment, walcząc z instynktem, co by nie wrócić do rodziny. Wziął głęboki oddech. — Zebraliśmy się tu dziś, aby pożegnać Derwina Longbottoma. Dla każdego z nas był kimś innym: synem, ojcem, wujem, przyjacielem, sąsiadem lub po prostu współpracownikiem. — Podniósł wzrok znad mównicy na zebrany w kaplicy tłumek. — Nie ma jednego słowa, które mogłoby wyrazić nasz ból i smutek po jego odejściu. Nawet gdy był tu z nami, trudno było go zaszufladkować. Pewnie by nam na to nawet nie pozwolił. — Uśmiechnął się blado. — Jeśli jednak miałbym to zrobić, powiedziałbym jedno: był dla nas wszystkich wzorem. W praktycznie każdej dziedzinie życia. Był utalentowanym czarodziejem i chol... bardzo dobrym aurorem. Wiernie służył Ministerstwu Magii, a jego imię jeszcze długo będzie rozbrzmiewało po korytarzach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów... Derwin był też kochającym ojcem, a dla mnie wujem. — Poczuł gulę w gardle, a jego spojrzenie zatrzymało się na obrazie krewnego. — Z perspektywy czasu jestem mu wdzięczne za wszystkie wskazówki i rady, jakich mi udzielił na przestrzeni lat. Co by się nie działo, zawsze miał odpowiedź na nurtujące nas pytania, nawet jeśli wydawały się trywialne. — Wypuścił powoli powietrze z ust. — Nie tylko my straciliśmy wuja Derwina. Stracił go też świata. Odszedł zdecydowanie zbyt szybko. Możemy jednak znaleźć pociechę w tym, co po sobie pozostawił. Wspólnych wspomnieniach, naukach, a przede wszystkim honorową postawą, jaką wykazał się w swych ostatnich chwilach. Nawet podczas tych tragicznych zdarzeń nie zawahał się... Nie odpuścił. Wyszedł niebezpieczeństwu naprzeciw i zrobił co w jego mocy, aby wspomóc zarówno bliskich, jak i obcych w obliczu zagrożenia. — Przyłożył dłoń w okolice serca. — Nie wiemy, co by się stało, gdyby nie ruszył do boju, jak prawdziwy wojownik. Zasługuje jednak na wszystkie podziękowania, na jakie nas stać, aby towarzyszyły mu w tym świecie i na drugim. — Zapadła dłuższa chwila ciszy. — Niech spoczywa w pokoju.
Erik odszedł z mównicy, oddychając ciężko i wracając do rodziny, czując, że nogi mu się całe trzęsą. Nie był sobie w stanie przypomnieć ostatniej takiej przemowy, jaką wygłosił w życiu. I miał dogłębną nadzieję, że zbyt szybko nie przyjdzie mu powtórzyć tego wyczynu.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞