- Dach szklarni. - Powtórzył za nią tępo. Mrugnął, ale oblicze jego kata i wybawiciela w jednym nie zmieniło się ani trochę. Ciągle ta sama Brenna, która żywo próbowała zrobić wywiad z poszkodowanym, czy wszystko z nim w porządku. Za mocno uderzył się w głowę? Skąd. Jego głowa po prostu nie łączyła wątków. Słyszał o różnych dziwnych zjawiskach przyrodniczych i Gryfonki z nieba nie zaliczały się do jednego z nich. Teraz było jasne, dlaczego - bo to nie żadne spadanie z nieba. Tylko z... Laurent uniósł wzrok na szklarnię. Nie potrzeba było bardzo bystrego oka, żeby zobaczyć krople płynące po szybie. Śliski dach, śliskie szyby... - Zwariowałaś?! - Napuszył się Ślizgon. Prawie jak te ptaki, co robiły się większe, kiedy coś je zdenerwowało, kiedy wyczuwały zagrożenie - unosiły swoje piórka i wtedy robiły się większe! Laurent żadnych piór nie miał (chyba że te wyimaginowane - pawie), ale i tak trochę się uniósł, chociaż jeszcze przed momentem oklaple siedział po ziemi i dawał swoją głowę obmacywać i obracać swoją twarzą, żeby ocenić wszystkie poniesione straty. Strata to chyba była tylko jedna - w dumie Prewetta. - To niebezpieczne! Mogło ci się stać! - Przecież to było takie nieodpowiedzialne! Kto w ogóle wpadłby na pomysł, żeby tam włazić?! Spoglądał na Brennę z niedowierzaniem, jakby chciał się trochę odsunąć niepewny, czy dziewczyna nie zalicza się do tych nieprzewidywalnych psychopatów, którzy zaraz wymyślą, że nie wiem, uniosą sobie cały trawnik, bo chcieliby mieć taki dywan czy coś. - I-i dla innych też jest to niebezpieczne. - Och, co za wstyd, jaka porażka... Laurent spróbował się dumnie wyprostować, żeby prezentować się jakkolwiek. Zabrał tę chusteczkę, manifestując swoją urazę, święte oburzenie i w ogóle skandaliczność tego całego zajścia. Chociaż więcej było w tym pokazówki, żeby czasem nie wyszło, że jest chłopcem do bicia i że z nim to można tak robić, niż faktycznego oburzenia. Poświęcił się temu zajęciu - ścieraniu z siebie całego brudu. I sam w końcu zrobił ze swojej różdżki korzyść i zaczął oczyszczać swoje ubranie. Bo tak samo jak ona - nie miał zaufania do swoich czarów na tyle, żeby majstrować przy swojej twarzy. A na pewno nie bez lusterka i dokładnego wglądu w to, co robi. Jak zaś będzie miał lusterko - to raczej będzie miał i wodę. Nagle czary stawały się zbędne! Tego nigdy by nie powiedział.
- Tak. - Odpowiedział w sumie dość głupio, ale automatycznie, kiedy został zapytany o nazwisko. Przerwał pucowanie i podniósł na nią wzrok, kiedy wspomniała o wyścigach i znudzeniu. - Co, brakowało dachów, z których można na kogoś spadać? - Najlepszym dowodem na to, że komuś się polepszało i było z nim dobrze było odzyskiwanie własnego rezonu. Po zmacaniu się, po oględzinach Brenny i zapewnieniach, że jednak magicznie żebro nie wyjdzie z niego i nie zacznie osobnego żywota zaczął się skupiać na innych aspektach tego wydarzenia. Jak widać - priorytety. Najpierw: czy wszystko ze mną dobrze. Potem: ubranie! Prezencja! Aparycja! Jaki będzie trzeci aspekt tego wszystkiego to jeszcze przyjdzie nam się dowiedzieć. - Laurent Prewett... - Przedstawił się do końca, machinalnie teraz pocierając skórę. Chyba ją kojarzył... Hogwart nie był przecież znowuż aż tak wielkim miejscem. Ale z wyścigów to nie. Tam znowu za dużo twarzy się przewijało wszem i wobec, a skoro ona się szybko ulotniła to też nic dziwnego.
- Obrzydliwe. - Skomentował quiditcha, nie brata Brenny. Bo jej brata to nawet nie znał. - To niebezpieczny, pełen przemocy i brudny sport. Nie wiem czemu wszyscy go tak lubią. I jeszcze dziewczyny piszczą jak wariatki, jak te spocone samce schodzą potem z mioteł... - Czy był zazdrosny? Może? Trochę? Troszeńkę tylko, naprawdę jakoś nie mocno, no przecież nie było o co, kto by tam chciał być kochany i uwielbiany przez tłumy, no nikt, no przecież, że nikt...
- Czemu chciałaś ściągać złoty znicz bez miotły? - What the fuck? Co z tą kobietką było nie tak? Laurent nie do końca wierzył temu, co słyszał. - Co z tobą jest nie tak? Mama cię do kociołka upuściła jak byłaś mała? - Może wypadła z kołyski? Nikt racjonalny się tak nie zachowywał. Takie rzeczy zostawia się osobom, które mogą się tym zająć i zrobią to bez problemu. - Nie, nie idę do żadnego skrzydła. Mówisz, że jestem cały, więc jak coś mi się stanie to będziesz musiała z tym żyć. - Zawyrokował z lekką złością. Chciałabym bardzo bronić Laurenta, że to nie był świadomy szantaż emocjonalny, ale niestety - był. W złości, bo w złości, ale palnięty. Sięgnął po notatnik. - Dzięki... - Spojrzał na te notatki, które myślał, że całkiem poszły na straty, ale teraz wręcz odetchnął z ulgą i trochę tych nerwów z niego uleciało.