Przed lustrem - całkiem szczerze, przed innymi - jak najlepiej. Nie było świata, w którym bycie "po prostu sobą" w każdym miejscu, w każdym towarzystwie, było pożądane, chciane i mile widziane. Urodziliśmy się jako niewinne istoty, które potem uczono kłamać. Musieli nas tego nauczyć. To był fałszywy świat pełen fałszywych nadziei i obietnic. Pełen fałszywych ludzi. Każdy chciał tutaj coś dla siebie, każdy czegoś pragnął. Chciał coś zdobyć. Ci dwaj panowie nie wiedzieli o sobie wzajem, czego było im trzeba i w którym kierunku biło ich serce. Co sprawiało, że błyszczały im serce i zamieniali się w sroki na widok lśniącej biżuterii. Tak właśnie rozpoczynał się taniec, w którym trzeba było trzymać ciągle wyprostowany kręgosłup. Inaczej źle cię odbiorą. Pomyślą, że to słabość, że nie trzeba się tobą przejmować. Zobacz, jak zmieniło się twoje postrzeganie tego mężczyzny, kiedy trzymałeś lejce. I tak się działo ze sporą ilości ludzi, którzy pragnienie posiadania nosili w swoim brzuchu i musieli je czymś karmić. W pierwszym zetknięciu przecież wsadziłeś Kaydena do worka osób, z którymi nie chciałbyś jechać. Obce stworzenie objawione, które przyszło tu chłodno i konkretnie załatwić, co ma do załatwienia, a potem: baj, baj! Czas mu było lecieć do następnego sukcesu. Teraz ten człowiek sukcesu zamienił się w człowieka, który po prostu chciał zachować resztki... dla Laurenta to była duma. A o czym mówiła próżność..? Którego zwierzaka karmiła w tych bebechach? Co ciekawiło to to, że nie robił żadnego ruchu w żadną ze stron. Nie przechylał się ani do nadmiernego chojrakowania, żeby pokazać, jaki to on nie jest tańcząc tu kankana ani nie starał się teraz zaprzeczać, że skąd, że jest idealnie, że nic mu nie jest. Wybrany sposób walki ze swoim problemem był, zdaniem Laurenta, bardzo dojrzały. I głupiutki sądził, że to po prostu mądrość życiowa tak dyktowała... no i ta obrona własnej dumy, bo tego nie mogłoby zabraknąć. Laurent widział czysrokrwistego i od razu myślał: duma. W każdym razie bardzo nie lubił mężczyzn, którzy obnosili się ze swoją samczością. Chciało mu się przewracać oczami. I zbierało mu się na wyzłośliwianie tym bardziej... Co oczywiście też nie znaczyło, że nie cenił towarzystwa męskiego. Skąd. Uwielbiał zdecydowane osoby, które naturalnie podejmowały decyzję i były głowami domów. Było to bzdurne - jakie rozróżnienie robił w swojej głowie na męskich mężczyzn i na samców alfa. Szczególnie, że pojęcie "alfa" też było całkiem bzdurne w naturze. Ale to chyba dlatego doceniał ten społeczny żart i określenie.
Nie podjął dalej wątku na temat nudy czy odwiedzin, bo już miał przeczucie, że byłoby to naruszenie liny tego, na co sobie mógł pozwolić. W zasadzie nie wiedział, czemu odebrał takie nieprzyjemne wrażenie w pierwszym kontakcie z Kaydenem, wydawał się całkiem... normalnym... z braku lepszego słowa... jegomościem. Z poczuciem humoru. Może to efekt przebywania na polanie Beltane? Albo to, że teraz biedny Kayden był zdany moją i tylko moją łaskę? Laurent uśmiechnął się do swojego wniosku, co mogło zostać odebrane jako uśmiech na słowa bruneta. Doprawdy, powinien w końcu wydorośleć i darować sobie takie dziecinne i nieodpowiedzialne zabawy... ale jakoś ta myśl zamiast do tego zachęcać to smuciła. Bo młodość i niewinność zdecydowanie za szybko przemijały.
Ależ go, kurwa, korciło, żeby zapikować w dół tym wozem...
- Moja siostra pracuje jako archeoloszka. Pandora Prewett, może miał pan okazję się z nią zetknąć. Ta branża chyba nie jest na tyle duża, żeby się w niej nie znać? - Troszkę zapytał, a troszkę stwierdził. Bo nie była duża. To było specyficzne zajęcie i owszem, byli na pewno archeologowie, o których nikt nigdy nie słyszał, ale wiedział, że Pandora akurat miała sporo klientów i była rozpoznawalna w tym gronie. - Traktowała znaleziska z wręcz nabożną czcią. Namówić ją na zobaczenie czegoś przed skończeniem pracy to jak... - poczuć dotyk Boga na swoich pośladkach - ... cud. - Zakończył gładko i zgrabnie. Nie był znawcą, nie miał pojęcia, jak to działa. - Rozumiem ją w pełni, czasem mam dwie lewe ręce do rzeczy tak delikatnych. - To akurat nie była prawda. To znaczy tak, zdarzało mu się, że rzeczy mu z rąk leciały, ale chyba każdemu się zdarzało? W każdym razie - może i nie miał wielkich zdolności do rzeźbiarstwa czy coś podobnego, ale potrafił obchodzić się wręcz zadziwiająco delikatnie ze wszystkim, co delikatności wymagało.
Prawidłow... co? Laurent mrugnął i uniósł jeden kącik ust łagodnie, przekręcając głowę. No doobraaa... nawet nie wiedział, jak na to odpowiedzieć, więc obrócił głowę w kierunku Kaydena, prezentując mu swoje rozbawienie. Ale to ten rodzaj łagodnego rozbawienia, prawie jak moment, w którym ojciec patrzy na dziecko, które powiedziało coś mądrego, ale ten ojciec jest za głupi, żeby zrozumieć. Więc niby fajnie, niby aha, mądre, ale... w sumie to o co chodzi?
- To dzięki czemu istnieje ta reguła? Jeszcze raz, panie Delacour? - Śmiech był wręcz słyszalny w jego głosie.