31.07.2023, 12:49 ✶
Brenna dosyć beztrosko podchodziła do tematyki własnego bezpieczeństwa, z typową dla młodości naiwnością zakładając, że jakoś wszystko będzie dobrze i ze wszystkiego się wyliże. Teraz też zdawała się absolutnie nieprzejęta tym, że sama ma ubłocone ręce, kolana i szkolny mundurek, że po tym, jak przesunęła się w liście, te poprzyczepiały się rękawów i włosów. Istniało duże prawdopodobieństwo, że pomyśli o tym wreszcie za jakieś od pięciu do piętnastu minut, i to nie dlatego, że specjalnie jej zależała, a bo "właściwa prezentacja" (bo przecież jakiś wariat zrobił ją prefektem - zdaniem niektórych dlatego, że i tak stale zajmowała się młodszymi Gryfonami, zdaniem innych, bo opiekunka Domu nie mając kogo wybrać, na ślepo dźgnęła listę różdżką. Ewentualnie dała jej fory, bo Brenna była dobra z transmutacji). Matka nieodmiennie załamywała nad nią ręce, bo ile brat odziedziczył coś z dbałości o wygląd i elegancję po Potterach, to
O ile jednak na to, że mogło coś się jej stać, wzruszyła tylko ramionami, to uwagę na temat tego, że dla innych do niebezpieczne, przyjęła jednak z należycie skruszoną miną. Bo w końcu - się stało, posłała go w błoto, nabiła mu siniaka, uszkodziła trochę notatki. Wobec bezpieczeństwa innych Brenna była nieco mniej lekceważąca niż gdy chodziło o nią. (Chociaż tylko "nieco", potrafiła wciągnąć kuzynkę czy przyjaciela w jakąś aferę.)
- Następnym razem będę ostrożniejsza - przyrzekła solennie. - Mogę ci na przeprosiny dać czekoladową żabę, przepisać notatki, obmyć ziemię u twoich stóp moimi łzami, czy coś tam - dodała.
Komentarz odnośnie dachu był złośliwy. I był też trafny. Sprawił, że Brenna pierwszy raz wyszczerzyła się w uśmiechu. O ile można było jej zarzucać kompletny brak instynktu samozachowawczego, to już nie brak poczucia humoru czy dystansu do siebie.
- Był, ale nawet ja nie jestem tak szalona, by wchodzić na obcy dach nad trzecim piętrem. Poza tym wyszłabym drzwiami, ale wtedy dorwałaby mnie mama – wyjaśniła. – Brenna, Gryffindor, szósty rok. Chociaż reaguję też na Chodząca Katastrofa albo „ta siostra Erika” czy „ta od Mavelle”.
„Ta od Erika” w tym roku słyszała już rzadziej, bo brat – najpopularniejszy uczeń, najpopularniejszy chłopak, najlepszy gracz, i w ogóle wszystko naj, czemu nie możesz być taka jak on, Bren – opuścił Hogwart. „Ta od Mavelle” jeszcze się zdarzało, chociaż również rzadziej niż w przeszłości, głównie dlatego, że Mav była już na siódmym roku, więc jednak większość osób znało je obie.
– Hej, dziewczyny? Wstrętne insynuacje. W wakacje widziałam na Pokątnej kapitana Srok i na jego widok piszczeli głównie chłopcy. Ja się dowiedziałam, że to kapitan Srok, jak spytałam, dlaczego tak piszczą – powiedziała, a kąciki ust znowu drgnęły jej w tłumionym uśmiechu. Ona sama nie to, że zupełnie nie interesowała się quidditchem – była na wszystkich meczach Gryfonów i kojarzyła członków reprezentacji Anglii – ale na bycie wierną fanką brakowało jej już czasu i energii, którą całą wkładała w naukę i dbanie o to, aby każdy krewny i znajomy musiał raz na jakiś czas chować się gdzieś przed jej towarzystwem. Nie wpadła więc w absolutnie oburzenie, jak ktoś może lekceważyć tak wspaniały sport. – Poza tym u nas szukającą i ścigającą są dziewczyny.
Brenna dźwignęła się na nogi i wyciągnęła rękę, gotowa pomóc mu stać. Nie, znów nie oburzyła się na pytanie, co z tobą nie tak. Słyszała je wielokrotnie i zawsze ignorowała. Może była to sprawa charakteru. A może tego, że w domu rodzinnym jej wszystkie zachowania po prostu przyjmowano z względnym spokojem, dzięki czemu ani nie wbiła sobie do głowy, że musi się zmieniać, ani nie popadła w kompleks niższości wobec brata czy kuzynek, mimo tego, że poza rodzinnym domem pewnie każdy to ich uznałby za tych „lepszych”.
– Nic mi o tym nie wiadomo, ale zdaniem Thesa kiedyś musiałam wpaść do kociołka z endorfinami. Może mama faktycznie mnie upuściła? – spytała z rozbawieniem. – Bo nie mam miotły. Rzadko latam. A moja koleżanka niechcący wypuściła złoty znicz i zwiał jej na dach szklarni – wyjaśniła.
Przekrzywiła głowę, kiedy orzekł, że jeśli coś się mu stanie będzie musiała z tym żyć. Zmierzyła go spojrzeniem. Oj, Laurent nie wiedział w co się wpakował.
– Och, to przykre. W takim razie obawiam się, że dokądkolwiek szedłeś, muszę tam iść za tobą, żebyś nie zemdlał gdzieś po drodze i nie umarł od obrażeń. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
O ile jednak na to, że mogło coś się jej stać, wzruszyła tylko ramionami, to uwagę na temat tego, że dla innych do niebezpieczne, przyjęła jednak z należycie skruszoną miną. Bo w końcu - się stało, posłała go w błoto, nabiła mu siniaka, uszkodziła trochę notatki. Wobec bezpieczeństwa innych Brenna była nieco mniej lekceważąca niż gdy chodziło o nią. (Chociaż tylko "nieco", potrafiła wciągnąć kuzynkę czy przyjaciela w jakąś aferę.)
- Następnym razem będę ostrożniejsza - przyrzekła solennie. - Mogę ci na przeprosiny dać czekoladową żabę, przepisać notatki, obmyć ziemię u twoich stóp moimi łzami, czy coś tam - dodała.
Komentarz odnośnie dachu był złośliwy. I był też trafny. Sprawił, że Brenna pierwszy raz wyszczerzyła się w uśmiechu. O ile można było jej zarzucać kompletny brak instynktu samozachowawczego, to już nie brak poczucia humoru czy dystansu do siebie.
- Był, ale nawet ja nie jestem tak szalona, by wchodzić na obcy dach nad trzecim piętrem. Poza tym wyszłabym drzwiami, ale wtedy dorwałaby mnie mama – wyjaśniła. – Brenna, Gryffindor, szósty rok. Chociaż reaguję też na Chodząca Katastrofa albo „ta siostra Erika” czy „ta od Mavelle”.
„Ta od Erika” w tym roku słyszała już rzadziej, bo brat – najpopularniejszy uczeń, najpopularniejszy chłopak, najlepszy gracz, i w ogóle wszystko naj, czemu nie możesz być taka jak on, Bren – opuścił Hogwart. „Ta od Mavelle” jeszcze się zdarzało, chociaż również rzadziej niż w przeszłości, głównie dlatego, że Mav była już na siódmym roku, więc jednak większość osób znało je obie.
– Hej, dziewczyny? Wstrętne insynuacje. W wakacje widziałam na Pokątnej kapitana Srok i na jego widok piszczeli głównie chłopcy. Ja się dowiedziałam, że to kapitan Srok, jak spytałam, dlaczego tak piszczą – powiedziała, a kąciki ust znowu drgnęły jej w tłumionym uśmiechu. Ona sama nie to, że zupełnie nie interesowała się quidditchem – była na wszystkich meczach Gryfonów i kojarzyła członków reprezentacji Anglii – ale na bycie wierną fanką brakowało jej już czasu i energii, którą całą wkładała w naukę i dbanie o to, aby każdy krewny i znajomy musiał raz na jakiś czas chować się gdzieś przed jej towarzystwem. Nie wpadła więc w absolutnie oburzenie, jak ktoś może lekceważyć tak wspaniały sport. – Poza tym u nas szukającą i ścigającą są dziewczyny.
Brenna dźwignęła się na nogi i wyciągnęła rękę, gotowa pomóc mu stać. Nie, znów nie oburzyła się na pytanie, co z tobą nie tak. Słyszała je wielokrotnie i zawsze ignorowała. Może była to sprawa charakteru. A może tego, że w domu rodzinnym jej wszystkie zachowania po prostu przyjmowano z względnym spokojem, dzięki czemu ani nie wbiła sobie do głowy, że musi się zmieniać, ani nie popadła w kompleks niższości wobec brata czy kuzynek, mimo tego, że poza rodzinnym domem pewnie każdy to ich uznałby za tych „lepszych”.
– Nic mi o tym nie wiadomo, ale zdaniem Thesa kiedyś musiałam wpaść do kociołka z endorfinami. Może mama faktycznie mnie upuściła? – spytała z rozbawieniem. – Bo nie mam miotły. Rzadko latam. A moja koleżanka niechcący wypuściła złoty znicz i zwiał jej na dach szklarni – wyjaśniła.
Przekrzywiła głowę, kiedy orzekł, że jeśli coś się mu stanie będzie musiała z tym żyć. Zmierzyła go spojrzeniem. Oj, Laurent nie wiedział w co się wpakował.
– Och, to przykre. W takim razie obawiam się, że dokądkolwiek szedłeś, muszę tam iść za tobą, żebyś nie zemdlał gdzieś po drodze i nie umarł od obrażeń. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.