Totalnie jej nie uwierzył. W to, że powiedziała, że następnym razem będzie ostrożniejsza. Już dobra, niech jej będzie, po kolejnym zapewnieniu zaufał, że faktycznie nie zrobiła tego specjalnie, zresztą... nie tworzył wielkich spisków, a tej dziewczyny naprawdę nie znał, dlaczego miałaby coś tak absolutnie głupiego niby mu robić. Ja wiem, wiem, kolega kooleeegi, czy tam kolega wroga - na jedno wychodziło. Takim sznureczkiem można było stworzyć całe kółko antypatii wobec jednej osoby. Więc wierzył w to, że nie chciała źle, ale nie wierzył w to, że chciała dobrze dla siebie samej. Ma sens? Po jej zachowaniu, mówieniu, wyrobił sobie szybciutko opinię na jej temat. "Ta typowa Gryfonka, co ciągle wpada w tarapaty". Laurent był dość szybki w ocenianiu ludzi i przez ten pryzmat ustosunkowywał się wobec nich. Nie znaczyło to, że nie bierze poprawek wraz z poznawaniem tych osobistości, albo że zakuty łeb nie przyjmował tego, że mógł się mylić, natomiast człowiek był głównie ciałem i to ciało i jego pierwsze gesty i pierwsze słowa sprawiały, że albo kogoś polubiłeś, albo - nie. Albo ktoś wypadał na stoika, albo na bombę emocji. Brenna wypadła na roztrzepanego kota, który pcha się wszędzie, gdzie go być nie powinno. Nie przewrócił oczami tylko dlatego, że po tej jakże szczerej przysiędze pojawiło się przekupstwo. I nie żaba go przekonała. Nie notatki... a wizja tego, że ktoś mógłby mu myć buciki. Niekoniecznie stópki, to byłoby dziwne, chociaż napełniało go jakimś takim dziwnym... hmm... nie był jeszcze pewien, co to dokładnie za uczucie, ale brzmiało kusząco. Spaczenie, zboczenie i nader kusząco. Tak jakby samego siebie mógł postawić w świetle tego, co dostawał każdy jeden ważny facet, co się nosił jak małpa z arbuzami pod pachami. Ta fantazja z Brenną u jego stóp była jednak chwilowa, ulotna, a sam Laurent nie pozwolił sobie na skupienie na niej. Szczególnie, że przecież była żartem. Niestety.
- Zgoda. - Zawyrokował. - Możesz mi przepisać notatki i będziemy kwita. - Mógł na to przystać. W sumie to było nawet wygodne. Przepisany notes, który i tak chciał poprawić, w zamian za to, że się pobrudził? Drgnął lekko i z obawą obejrzał się za jedno, potem drugie ramię... bo jednak gdyby tu byli jacyś świadkowie to wcale nie byliby tacy kwita. Ale nikogo nie było. Wczesny poranek nie sprzyjał kręceniu się uczniów w tych rejonach, wszyscy leniwie gromadzili się z łóżek i dopiero mieli schodzić na śniadanie. - Czy ty w ogóle potrafisz ładnie pisać? - Zapytał sceptycznie, bo coś go tknęło. To tak przy okazji tego oceniania. Takie "chłopaczary", jak to je czasami nazywano, czyli dziewczyny co zamiast maziać swoje twarze latały za żabami czy łaziły po dachach, zazwyczaj ładnie pisać nie potrafiły i bazgroliły jak kura pazurem. A Laurent nie chciał mieć nabazgralonego zeszytu. - Płakać nie musisz, ale podłożyć jakie deski żebym się nie ubrudził błotem już możesz... - Zażartował lekko, spuszczając już z tonu. No trudno, no stało się, on się doprowadzał powoli i stabilnie do porządku. Może mu to nie popsuje do reszty całego dzisiejszego dnia. Nos miał na kwintę.
- Nawet ty? Jesteś jakimś samozwańczym wyznacznikiem szaleństwa? - No i po co on w ogóle z nią rozmawiał! To była Gryfonka, zaprzysiężony wróg wszystkiego, co zielone, wężowate i Slytherinowe! Ech! W dodatku na niego spadła! Ale wydawała się taka... no zabawna i miła się wydawała. I podobało mu się, jak wokół niego skakała. W zasadzie bardzo mu się to podobało i obrastał przez to w piórka. - Eeeehm... - TO na co ona jeszcze reagowała? ALbo na co nie reagowała? Brzmiało to jakoś tak... smutno. - Mają problem z zapamiętaniem twojego imienia? - Czułby się nieswojo, gdyby tak ludzie za nim wołali. Chociaż też niekoniecznie zwracano się do niego po imieniu i biegały bardziej przykre przezwiska niż "ten od Prewettów"... A Brenna dawała taki bardzo pozytywny vibe. Na pewno jest lubiana. Taka troszkę... głupiutka? Ale on w sumie też wypadł na całkiem głupiutkiego przez tę sytuację, więc tutaj przeprosił za własne myśli. To było miłe, że go nie opluła, przysłowiowo, tylko pomogła, przeprosiła i gotowa była latać z nim do pielęgniarki. Chociaż, oczywiście, tak powinna była zrobić! Bo jakby zrobiła inaczej to chamstwo!
- Jeszcze lepiej... - Burknął, wcale niepocieszony tym, że w ogóle to wszyscy piszczeli na widok tych sportowców. Nie podobało mu się to i był zazdrosny, no dobrze, nie bójmy się tego powiedzieć i przyznać wprost! Albo nie, jednak nie. Jednak Laurent wcale nie chciał o tym mówić wprost.
- E-eej... żartowałem no, nie mów takich rzeczy... - Zrobiło mu się trochę głupio, że Brenna to powtórzyła i że ubrała to w ciąg dalszy żartu. Przecież różne historie chodziły po ludziach i po rodzinach, a jakoś żarty z tego... jakoś żarty z tego wcale nie były odpowiednie. Nawet jeśli sam zaczął i sam palnął, bo w sumie to chciał się odgryźć. Ale teraz zmienił zdanie. Wcale już nie chciał. Złapał ją dłoń i podniósł się, uśmiechając. - Byle nie wszędzie, bo to by mogło być niekomfortowe. - Śmiech był słyszalny w jego głosie. Doczyścił się do końca różdżką i wyczyścił chustkę Brenny, starannie przywracając ją do poprzedniego rozmiaru. - Chodź do studzienki, bo muszę się przemyć. I... To... po co tam wchodziłaś w zasadzie? Trudno się tam dostać?