Laurent nie był pewien, czy byłby zawodem dla rodziny, gdyby nie trafił do Slytherinu. Chyba nie. Wydawało mu się, że to było dla nich najmniej istotne ze wszystkich wytycznych, jakie zrobili. A raczej zrobiłA. Bo ojciec był w porządku. Zresztą nie mógł narzekać. To słyszał w kółko - nie narzekaj, masz wszystko, czego ci potrzeba. Inne dzieci miały gorzej. Hell right, miały. Były dzieci, które wychowywały się na ulicy. Bez żadnej rodziny. Czasami wydawało mu się, że tworzy problemy znikąd. To jest - tak uważała macocha. I nie mówiła tego w złej wierze, niestety zapisywało się to w jego umyśle ciągłą potrzebą szukania akceptacji gdzie tylko się dało. Hogwart? Wcale nie było wiele lepiej. problemy z roku pierwszego pociągnęły się dalej i starał się utrzymać na jakimś poziomie i w towarzystwie, duma nie pozwalała mu uważać, że jest inaczej niż to, że jest lubiany, a rzeczywistość była... no rzeczywistość była po prostu smętna. I ciągle chciał więcej. Paliło się w nim takie mocne uczucie, żeby wejść na szczyt, gdzie już nikt go nie zignoruje, że..! Ale teraz już myślał o tym troszkę inaczej. Bo czym był ten szczyt i kto go definiował? Czy ludzie byli w ogóle warci tego, żeby stać gdzieś na ich czele? Mijały lata, a Laurent pokochał zwierzęta.
Przy nich mógł być sobą i niczego nie udawać.
- Eech... nie ufam ci za grosz. - Tak miała się narodzić przyjaźń, do której chyba by się przed kolegami nie przyznał przed kolegami. Ale nie chciał jej ani mówić tego, że wydawała się fajna, ani tego, że by się do niej nie przyznawał i zaprzeczył, że w ogóle mieli ze sobą bardziej przyjacielską pogawędkę. Pewnie to i tak wyjdzie. Siłą rzeczy. Machnął lekko ręką, uśmiechając się już nawet z całej tej sytuacji i w zasadzie tego, że takim sposobem ktoś mu poprzepisuje rzeczy. Najlepiej te, których notes był teraz taki... kartki były suche, ale nie miał ochoty w nim pisać. No i właśnie - porządek w tych bazgroletach różnego rodzaju by się przydał. Więc po szybkim przejrzeniu i westchnięciu, że jedna strona się do niczego nie nadawała, wysunął go w jej kierunku. Nie było tam tego jakoś wybitnie dużo.
- Całkiem całkiem. - Laurent oparł dumnie nogę, zwycięsko, o ławkę, prostując się. - Ale wiem, co przydałoby się bardziej. I to nie mi, tylko tobie. - Wyinkantował starannie zaklęcie i przemienił stworzoną ławkę w drabinę. Złapał ją dłonią i pokazał jak eksponat w muzeum prezentowany przez osobę wynajętą do oprowadzania. - Jeszcze do tego hełm, poduszka na tyłek i jesteś gotowa do drogi. - Pochylił ostrożnie drabinę, żeby oprzeć ją o szybę... ale może to zły pomysł? Jak to nauczyciel zobaczy to może być przypał... - Woźny cię nigdy nie przyłapał? Słyszałem, że jest straszny... - Skrzywił się lekko. Widział już dzieciaki, które wracały z normalnymi RANAMI po wizycie u tego psychopaty. Był przerażający. Jeszcze jeden arguemnt do tego, żeby jednak być grzecznym chłopcem i za dużo się nie wychylać. A na pewno nie wchodzić pod ręce woźnego. Szczególnie, kiedy miał zły humor. Albo nie, bez żadnego szczególnie! Po prostu trzymać bezpieczny dystans.
- Słyszałem o nim, ale żeby znać... to dużo powiedziane. - Są pewne imiona, pewne legendy, o których po prostu słyszysz. No bo, jak podał przykład, wszyscy piszczą ich imię jak tylko się pojawiają. Kolejna osoba do dopisania do kolekcji zazdrości? Nie, podziękuję. Raz czy dwa pchał się i dopytywał, o co chodzi, czemu to samo imię i nazwisko jest na ustach i ciągle są na jego temat... tematy! Ale był za młody, żeby mówić o jakimkolwiek poznawaniu bliższym. - Przemycenie Gryfonki do Pokoju Wspólnego Ślizgonów byłoby jakimś osiągnięciem. - Uśmiechnął się od ucha do ucha, a potem spojrzał na wskazywany znicz. - Przecież to tylko znicz. Po co się za nim tak uganiać? - I po co ryzykować włażeniem na dach, skoro można sobie zrobić krzywdę? Zapytał, a wiedział. To zabawa. Po to, że może. Dlatego, że sprawia jej to frajdę. Bo to wyzwanie i możliwość poczucia adrenaliny. Wiedział. Ale był ciekaw, co mu odpowie. No, po co?