Była chaotyczna w całej swojej lichej, niepozornej krasie. Uśmiechała się chętnie, tańczyła ochoczo i z równym angażem była gotowa łamać serca i niszczyć – bo posiadała w sobie coś wichrzycielsko destrukcyjnego, co sprawiało, że była w stanie każdy szkopuł obrócić w niwecz. Prawdopodobnie dlatego była tak wylewna, otwarta i ekstrawertyczna – musiała w jakiś sposób odsuwać mętności swojej osobliwej osobowości od wszechogarniającego ognia, który jedynie idąc w ślad za barwną metaforą niszczył ludzi. Niepozorna i nade wszystko nęcąca ciepłem, gotowa była krzywdzić i burzyć, tłamsić i sprowadzać na skraj. Nie była jednak wyrachowana w całej swojej piekielnej grze – uchodziła za ostoję pogody ducha i towarzystwa; postronni jednak mogli wiedzieć, jak diabelską uwerturę skrywa za szerokimi uśmiechami.
Nie była mistrzynią kurtuazji i salonowych grzeczności, choć wychowywana w myśl tourjois pur i brylowania na bankietach, pozostawała rozbrajająco szczera w całej swej drobnej prezencji. Bo jeśli było coś, co niebagatelnie przerastało jej mikrą posturę, była to jej niezawoalowana osobowość.
Uśmiechnęła się więc szeroko, ponownie błyskając białymi zębami o odrobinę nierównych, wysuniętych kłach.
Akty istotnie należały do lwiej części jej dorobku artystycznego, a ukazywanie ludzkiego ciała pod mnogością wyrazów stanowiło jej twórczą łatkę; nie było jednak w jej tworach nic wulgarnego czy zakrawającego o niewysublimowaną erotykę – gust miała dobry, a pojęcie o formie ekspresji bogate, w swej sławie świadoma była faktu, iż każde jej artystyczne posunięcie jest poddawane wnikliwej ocenie i rozmachowi plotek.
– Nie będę zmyślać, że nie miałam łatwiejszego startu ze względu na urodzenie. Domyśla się pan jednak, że familia specjalizująca się w szeroko pojętej medycynie i eliksirach, nie pałała entuzjazmem odnośnie mojej pracy i zainteresowań – rzekła miękko. – Do tej pory jednak mnie nie wydziedziczono – zażartowała, wybuchając salwą krótkiego, perlistego śmiechu.
– Niektórzy mawiają, że artyści są rzemieślnikami. I może dawniej istotnie tak było – odparła, biorąc głębszy wdech powietrza. – Nie chodzi jednak o to. To forma wyrazu jak każda inna i niezależnie od tego, jak bardzo chciałabym odseparować siebie od swoich dzieł – a nie chcę – nigdy nie udałoby się to w pełni. To – wskazała palcem na wciąż schnący obraz – jestem ja.
Nigdy też nie zależało jej na wzniosłości własnych tworów. Za prawdziwie udane dzieło uważała to, które docierało do wszystkich warstw społecznych – był to jedyny aspekt, w którym mieszanej krwi nie uważała za ujmująco gorszą; chciała trafiać do absolutnie każdego odbiorcy.
Spojrzała na niego badawczo, chcąc wyczytać mnogość ekspresji malującej się na jego obliczu, gdy oceniał wzrokiem jeden z obrazów. Uniosła wysoko brwi, oczekując reakcji.
– Dlatego też starałam się, aby oba obrazy były dosyć uniwersalne i nietrudne w odbiorze. Nie możemy zakładać, że każdy, kto zechce wziąć udział w licytacji jest smakoszem wyższej sztuki. Nie są to Narodziny Wenus, ale może się przyjmą – rzekła. – Wspaniale – klasnęła w dłonie – w takim razie chętnie ofiaruję na bal oba obrazy.
Chwilami w końcu odpływała w te przeklęte meandry umysłu, które zaciskały zwolna palce na jej łabędziej szyi. I choć tłamsiła w sobie to okrutnie długo, tak długo przybierała maskę niewinnej trzpiotki, że aż weszło jej to w krew. Zamiast tego więc, uśmiechnęła się nienagannie, roziskrzone spojrzenie moszcząc w obliczu Erika. Obrazy. Sztuka. To teraz się liczyło, to było wartością autoteliczną.