Kolejnym wspólnym punktem ich matek był fakt, że obie mały synów-geniuszy. Tak przynajmniej odbierał ich Stanley. W końcu takich trzech jak ich dwóch to nie było ani jednego... Oczywiście pod względem bycia tłukiem w niemal wszystko. Pomyśleć tylko, gdzie ta dwójka mogłaby zajść gdyby dała z siebie więcej niż 30 procent zaangażowania.
- To akurat moja specjalność - zapewnił go. Nie musiał mu chyba przypominać, że jego codziennością było wypełnianie dziesiątek jak nie setek dokumentów. Rzeczy, które tak naprawdę były zbędne, a dodawały tylko dodatkowej roboty ogromu istniejącej już biurokracji. Miał całe szczęście, że oddał ten miesięcznik w nienaruszonym stanie bo inaczej Stanley musiałby mu zrobić... całe nic. Borgin się nawet nie oszukiwał. Nie miał z nim szans na pięści czy w siłowaniu na rękę. Sauriel z drugiej strony nie był też piękną blondynką na której mógłby użyć swojej charyzmy. No, a o czarnej magii nie wspominając - wystarczająco osób już zginęło w tym domu od tej tajnej sztuki - Dobra... Powoli zaczynam łączyć kropki - przyznał, kiwając głowa na zrozumienie. Nie do końca był pewien czy rozumiał czy po prostu robił dobrą minę do złej gry. Cieszył się jednak, że chociaż jeden z nich pojął umiejętność czytania ogrodniczych ksiąg w stopniu co najmniej podstawowym - Dobrze, że o tym wspominasz. Bez tego jeszcze by nam się nie powiodło - przetarł ręce na ich dydaktyczny sukces jakby co najmniej byli teraz na jednych z pierwszych zajęć z zielarstwa w Hogwarcie - Będę wypełniać raporty przy nich. Żaden mi nie ucieknie - zapewnił Rookwooda odkrzykując mu z kuchni.
Zaśmiał się na reakcje przyjaciela. Dokładnie tak jak to pamiętałem Prawdę mówiąc, Stanley oczekiwał właśnie takiej reakcji - zgody, aprobaty na mały poczęstunek tymże pięknym trunkiem - No jeżeli będą pełnoletnie to chyba można... Tak przynajmniej wynika z prawa - zauważył, znikając ponownie za rogiem. Teraz czekała go walka z prawdziwym demonem - skrzynią z zielarskim A do Z, czyli zemstą matki zza grobu. Jedyny plusem tej sytuacji był nieduży dystans jaki musiał pokonać aby ją przenieść i nagroda w postaci zimniutkiej szklanki rudej.
Stan nietrzeźwości mógł pomóc im tylko w dwóch rzeczach... Albo trzech. Po pierwsze mógł pozwolić dojrzeć rzeczy, których nie daliby rady dostrzec bez wyostrzonych zmysłów. Po drugie mógł pomóc im pogodzić się z porażką, która czyhała na nich za każdym rogiem niczym sąsiad ogrodnik (który oczywiście rzucał im grabie pod nogi). A po trzecie była to droga do naprucia się do odcinki. Stanley wiedział jednak, że ten kto nie ryzykuje, ten nie je własnych ogóreczków.
Poradę odnośnie podrywania kobitek, koleżanek, szmul czy manesek dostał od własnej matki. Anne powtarzała mu niczym amen w pacierzu, że powinien zakręcić się obok jakiejś fajnej dziewczyny i związać się jakoś poważniej. A kim miał być młody Borgin aby odmówić tego własnej rodzicielce? Tymbardziej jak odmówił jej nauki zielarstwa w szkole? Problem był tylko jeden - w tamtych czasach wszystkie koleżanki były fajne. Nic więc dziwnego, że latał za nimi niczym Reksio za szynkom. Gdyby matka Sauriela dała mu podobną poradę to na pewno by się jakoś podzielili... Czy to według roczników, domów czy dni tygodnia. Nie współpracowali przecież od dzisiaj... Te wszystkie akcje na woleja na boisku nie brały się przecież znikąd... Skądś powstało powiedzenie "laga na Sauriela"!
- I za to się z Tobą dzisiaj napije - wzniósł toast nad skrzynką, upił solidny łyk, a następnie uniósł brwi widząc jak bardzo Rookwoodowi musiało się chcieć pić. Szkoda, że Ty tak wody nie pijesz... Pokręcił głową z niedowierzaniem, a następnie zamienił się w słuch - Uczciwie - odparł, odstawiając szklankę z trunkiem, którą zmienił na pojemnik z jajami. Chwilę później dało się jednak usłyszeć trzepot sowich skrzydeł, a na parapecie pojawiła się sowa - Jest i Kelpiea! - wykrzyczał z radości rzucając wszytko aby zerwać się do listu, który ze sobą przyniosła.
- Zobaczmy... Co my tu mamy... - powiedział, głaszcząc swoją sowę po głowie, a moment później odebrał od niej odpowiedź od Danielle. Nie czekając ani sekundy dłużej, przystąpił do lektury - Hmmm... - zamyślił się pochłaniając kolejne litery z pergaminu - Ogórki smakują po stokroć lepiej... - czytał pod nosem - O! Jest coś! Cukinia to jedna z odmian ogórków, chociaż nie nadaje się do tego aby jeść ją na surowo... Nazywają to cukigórkiem... Ale głupie. Nie sądzisz? - zapytał przyjaciela, spoglądając na niego - Jak nie da się tego jeść na surowo to nie będziemy sadzić tej odmiany - zarządził niczym prawdziwy kapitan ten łajby, a następnie przeniósł wzrok ponownie na list - Bakłażan to też ogórek... Tylko fioletowy... Nazywa się... Jak?! - przybliżył kartkę niemal pod sam nos - Ogóżan? - zdziwił się - Myślisz, że to od ogrów? Wiesz... Takie wielkie ogórki... Tylko czemu fioletowe... Ciekawe - przyznał, powracając do stolika. Odłożył list na miesięcznik ogrodniczy, pociągnął solidny łyk ze swojej szklanki i rozejrzał się wokół - Które z tych pudełek czy woreczków to te ogórki? Nie chcemy żadneych cukigórkow na pewno... A te ogróżany mnie nie przekonują... Nie chce bronić ich przed ogrami - przyznał, oczekując wsparcia od Sauriela.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972